Skip to Content

Jak zarabiać pieniądze: 8 milionów przychodu z jednej kolekcji, 200 milionów budżetu za pięć lat

Written on Listopad 27, 2014 at 12:33 am, by

Jak zarabiać pieniądze: 8 milionów przychodu z jednej kolekcji, 200 milionów budżetu za pięć lat

Ile da się zarobić na klubowych produktach? Czy tak intensywne promowanie nowej kolekcji ubrań w ogóle ma sens? O biznesie rozmawiamy z prezesem Legii Warszawa Bogusławem Leśnodorskim oraz wiceprezesem Jakubem Szumielewiczem.

Wypuszczając nową kolekcję ubrań i robiąc z niej wielkie halo, pokazujecie, że klub piłkarski to nie tylko fabryka emocji, ale też rzeczy materialnych. To coś nowego w naszym środowisku. W jakim miejscu rozkręcania tej fabryki się znajdujecie?

Leśnodorski: Mamy nadzieję, że to dopiero prolog. Kiedy jeździliśmy po klubach w całej Europie, okazało się, że istnieją dwa modele. Pierwszy – kluby są na tyle słabe, że – poza koszulką meczową – nie robią nic i drugi – kluby największe, które tez nie robią nic, ponieważ… nie muszą, inni wszystko wykonują za nich. Polski na tym etapie nikt jeszcze nie traktuje poważnie. Tak sport, jak i piłkarski biznes jest podzielony na koszyki. W im wyższym koszyku jesteś, tym – według rozdzielnika – więcej płacą ci sponsorzy. Nasz koszyk wynika z miejsca w rankingach UEFA oraz FIFA i faktu niegrania w Lidze Mistrzów. Przed nami długa droga.

Z drugiej strony jesteśmy dużym, 40-milionowym rynkiem.

Szumielewicz: Liczą się fakty. Sprzedajemy cztery tysiące koszulek, a żeby znaleźć się w koszyku A, trzeba ich sprzedawać 100 tysięcy rocznie.

Leśnodorski: Nawet jeśli sprzedamy 10 tysięcy – co będzie dla nas mega sukcesem – to i tak jest ogromna różnica między nami a potentatami. Zderzyliśmy się z pewną rzeczywistością biznesową i przekonaliśmy się, że skoro nikt tego nie zrobi za nas, to musimy działać sami. Okazało się też, że mamy w klubie kreatywnych ludzi, jak Bartek Jabłoński, który byłby w stanie narysować taką linię odzieżową i od słowa do słowa zaczęliśmy działać. Sufit wisi jednak dość nisko. Nawet jeśli będziemy regularnie grali w Lidze Mistrzów – czego nie da się założyć – i zrobimy skok jakościowy, to różnica naszych podstawowych przychodów w porównaniu z czołowymi europejskimi klubami w dalszym ciągu będzie żartem. W najbliższych pięciu latach nie wskoczymy na poziom pięciu milionów funtów rocznie od Adidasa. Nie będziemy też zarabiali z matchdaya tyle, co w poważnych ligach, bo Polaka nie stać, by płacić tyle za bilety. Na niemieckim stadionie więcej wydajesz za bilet, ale tyle samo na jedzenie. A u nas ile? Dziesięć razy mniej na jedzenie niż na bilet? Jakoś tak to wychodzi?

Szumielewicz: Tak.

Leśnodorski: Niesamowita przepaść. Kolejna sprawa to transfery. Chcielibyśmy sprzedawać chłopaków nie za 2-3 miliony, tylko 5-6, ale to na razie myślenie życzeniowe. Doszliśmy do wniosku, że jeżeli mamy iść do przodu, to musimy rozwijać więcej linii biznesowych. Nie licząc – powiedzmy – Madrytu, Barcelony czy Londynu, Warszawa jest poważniejszym ośrodkiem niż 90 procent miast w Europie. Fajne miasto, duży kraj, kibice rozsiani po całej Polsce… Na wielu płaszczyznach nie odstajemy tak bardzo, jak na innych – i to trzeba za wszelką scenę skomercjalizować. Czyli albo maksymalizować zysk, albo – jak w naszym przypadku – połączyć z budowaniem brandu i społeczności na wielu poziomach. Teraz ta kolekcja ubrań… Skoro już w to wchodzimy, to chcemy, by te rzeczy edukowały i były dobre jakościowo. Nie zależy nam na pięciu złotych więcej. Wszystko sami projektujemy i podjęliśmy decyzję strategiczną, że ubrania będą szyte w Warszawie, u warszawskich przedsiębiorców.

Szumielewicz: W Polsce nie mamy zresztą kultury koszulki meczowej, ale – w przypadku Legii – panuje niesamowicie silne przywiązanie do barw klubowych i herbu. Obserwując środowisko i preferencje kibiców, widzimy tu olbrzymi potencjał dla klubu, ale też misję zaspokojenia potrzeb fanów. Chcemy, by Legia nie tylko wygrywała, ale też była klubem, który ma dużo do zaoferowania.

Leśnodorski: Tym bardziej, że panuje trend odwracania się od chodzenia na stadion. Narzekamy na to w Polsce, ale – w dużej mierze przez telewizję – ludzie nie chodzą już na mecze tak chętnie. Musimy więc być widoczni także poza stadionem.

Szumielewicz: Chcemy dać kibicom możliwość okazywania miłości do barw poprzez zakładanie fajnych rzeczy. Dotychczasowe linie odzieżowe odstawały, jeśli chodzi o stylistykę i jakość, więc nie były kupowane. Kibice szukali takich rzeczy gdzie indziej.

Leśnodorski: A dzieciaki, które w wieku siedmiu lat zaczną chodzić w takich rzeczach, będą identyfikowały się z klubem i zostaną z nim na lata.

Takie dzieci są też dla was zwyczajną reklamą na ulicy i szkołach.

Leśnodorski: Dlatego mówię – naszym targetem są właśnie dzieci, w dużej mierze one. Fajnie, jeśli ktoś kupi koszulkę na cały sezon, ale jeżeli chcemy zbudować pewną społeczność, to musimy bazować na ludziach, którzy dopiero rosną. Szczególnie w Warszawie jest to trudne, bo mamy tu… wielu przyjezdnych. Jeżeli dziecko chce iść na Legię, a tata przeprowadził się z Zabrza lub Poznania, to sprawa nie jest tak prosta. Wtedy łatwiej zapraszać całe klasy, bo rodzice często po prostu nie chcą, by ich dzieci chodziły na mecze.

Chcecie dokonać wyłomów w takich rodzinach i przekabacać dzieci?

Leśnodorski: Tak.

Szumielewicz: Z punktu widzenia marketingowego zrobienie takiej kolekcji jest najtrudniejszym projektem. Dużo trudniejszym od wypuszczenia nowej strony internetowej czy aplikacji mobilnej. Do takich projektów wkorzystujesz jedną firmę i sprawa jest zakończona. Tutaj od początku sami tworzymy wszystko. A tworząc jedną kolekcję, myślimy już o kolejnej. Słuchamy kibiców, personel dowiaduje się, czego brakuje, gdzie powinny być wszycia…

Leśnodorski: Dlatego robimy dużo fuck-upów. Uczymy się na błędach.

Szumielewicz: Z jednej kolekcji wyciągamy wnioski do kolejnej. Szukamy też takich wzorców na rynku modowym, by nasze produkty były po prostu modne.

Leśnodorski: Patrzymy, co robi przykładowo Zara, żeby pozostać w trendzie.

Szumielewicz: Potem trzeba wymyślić ideę przewodnią. Nie wrzucamy ot tak herbu i barw. Musi być jakiś design. W tym przypadku – DNA, czyli zwrócenie uwagi kibiców na wojskowe korzenie klubu. Stąd wiele detali wojskowych. Panuje zieleń i moro. Potem pojawia się pytanie, jak przygotować tę kolekcję tak, by zaspokoiła potrzeby wszystkich trybun i jak wyeksponować to w sklepie tak, by preferencje od razu były widoczne. Następnie produkcja próbna i dopiero na końcu zlecenie ostatecznej produkcji i cały back-up marketingowy, czyli sesje zdjęciowe, backstage, filmy reklamowe, namawianie piłkarzy… Mega skomplikowany produkt, a czy wyjdzie, nie wiadomo.

Leśnodorski: Ale produkt fajny. Angażujemy w to pracowników klubu, poznajemy ich opinie… Super przygoda.

Jakie są cele sprzedażowe?

Leśnodorski: Od początku wszystko jest podporządkowane pod stulecie klubu. Uważamy, że sprzedamy za sześć milionów netto, czyli zarobimy trzy miliony, bo mamy wysoką marżę. Tak naprawdę przychodu powinno być około ośmiu milionów, ale trzeba odliczyć wkalkulowane zniżki dla kibiców, stąd podaję, że sześć. Pewne rzeczy są jednak nieprzewidywalne. Bluza, którą reklamował „Juras”, przez trzy dni sprzedała się praktycznie cała.

Czyli?

Leśnodorski: Około 400 sztuk.

Możliwe, że zamiast sprzedawać piłkarza za milion euro, sprzedacie za taką kwotę kurtki?

Szumielewicz: Obie pozycje są zapisane w książce.

Leśnodorski: Ale – bądźmy szczerzy – lepiej sprzedawać kurtki niż piłkarzy. Przewidywalność też jest większa.

To spore liczby jak na polski rynek.

Leśnodorski: Sześć milionów netto to bardzo dużo. W cenach detalicznych to około ośmiu milionów. Trzeba wziąć pod uwagę choćby przeceny i VAT.

A jeżeli dodamy pozostałe pamiątki?

Leśnodorski: To może wyjdzie w przyszłym roku 12 albo nawet 14 milionów. W tym roku podjedziemy pod dychę. Milion miesięcznie to realna kwota.

Szumielewicz: Widząc potencjał biznesowy, nasz sklep został dwukrotnie poszerzony. Uruchomiliśmy też inne mechanizmy napędzające popyt. Przed każdym naszym meczem Canal+ wypuści nasz film reklamowy. Podobnie jak Multikino przed seansami. Chcemy, by dowiedzieli się o tej kolekcji nie tylko ci ludzie, którzy chodzą regularnie na spotkania Legii.

Leśnodorski: Wszystko ma też na celu zmianę wizerunku. Wielu kibiców przestaje chodzić na mecze po trzech-czterech latach. Obserwujemy duży odpływ wśród facetów, którym urodziło się dziecko. Niektórzy potem wracają na trybunę rodzinną. Wiele osób też zwyczajnie się boi po tych wszystkich konfliktach z ITI czy bojkotach. Krok po kroku chcemy zmieniać postrzeganie klubu. Założenie bluzy nie ma być specjalnym wydarzeniem. Chcemy, by kibic był przyzwyczajony, że nosi ją od dziecka.

Wracając do pamiątek klubowych, przypomina nam się tekst o Podbeskidziu, które zarobiło na produktach ok. 650 złotych. Sprzedało przed gwiazdką jedną koszulkę i dwa długopisy. Wy pod tym względem nieprawdopodobnie odjechaliście Polsce. Ma kto was w ogóle gonić?

Leśnodorski: Co ciekawe, naszym zdaniem w Poznaniu i Krakowie mają lepszy rynek.

Nie kupują pamiątek, ale są bardziej skłonni, by je kupować?

Leśnodorski: Tak.

Z czego to wynika?

Leśnodorski: Lokalny patriotyzm jest dużo większy.

W Krakowie niekoniecznie. Tam może być niebezpiecznie chodzić na co dzień w klubowych barwach.

Leśnodorski: Ale w Poznaniu już niekoniecznie.

Szumielewicz: Cały czas podnosimy sobie poprzeczkę. Jeżeli skarpety były takiej długości, to następnym razem mają być dłuższe. Jeśli brakowało szortów, to trzeba je wprowadzić. Jeżeli mamy płaszcz, to myślimy nad skórzanymi rękawiczkami. Kolekcja jest coraz bardziej atrakcyjna, czyli coraz trudniej ją urozmaicać. Już teraz widzimy, że sklep może okazać się za mały, trzeba będzie go poszerzyć i albo pójść dalej z muzeum, albo je lekko przeredagować. Tak jak mówi Boguś – to niekończący się proces zmian i adaptacji. Ale też solidna pozycja w księdze przychodów, która musi być rozwijana. Zawsze powinna stanowić około 15 procent w kwocie, która będzie rosła. Musimy też wyjść poza obszar samego sklepu klubowego.

Leśnodorski: Warszawa to chyba jedyna stolica w Europie, gdzie po wyjściu na lotnisku nie znajdziesz sklepu klubowego. Gdziekolwiek wylądujesz, wpadasz na Barcelonę, Real czy Manchester United. Od dwóch lat się z tym bujamy.

Kiedy przejmowaliście klub, zastaliście zaoraną ziemię czy były jakieś zalążki porządnego marketingu?

Szumielewicz: Zalążki były. Był sklep, linia lifestyle’owa, ale personel dłubał w nosie, barwy nie były takie jak trzeba, a jakość taka, że ciężko było to zakładać.

Leśnodorski: Projekt był zlecony na zewnątrz do firmy z Gdańska, prowadzonej przez kibiców Lechii. Ha! Oni też wszystko projektowali. Rozumiecie? Kibice Lechii projektowali ubrania Legii!

Szumielewicz: Podeszliśmy do tego wszystkiego, jakbyśmy zaczynali od zera. Stworzyliśmy nowy sklep internetowy i stronę, która opowiada o tej kolekcji, cały back-up marketingowy. Sami zaangażowaliśmy się w projektowanie i wynaleźliśmy producentów. Wynegocjowaliśmy też z Adidasem możliwość korzystania z naszych piłkarzy do prezentowania kolekcji. Wyniki są lepsze.

W jakim tempie się rozwijacie?

Szumielewicz: Około 20-30 procent rocznie, w zależności od kategorii asortymentu. Średnio ponad 20 procent. Mimo braku wzrostu frekwencji, rośnie liczba zakupów.

Pomyliliście się przy którejś kategorii? Np. – strzelamy – naiwnie było sądzić, że ludzie zaczną kupować eleganckie rzeczy z herbem Legii?

Szumielewicz: Nie, bo dopiero teraz to robimy. Skoro oferujemy produkt tym kibicom, którzy chcą zaprezentować herb podczas meczu, to dlaczego nie pozwolić im na to samo w życiu codziennym, ale w sposób bardziej dyskretny? Wiadomo, że nie pójdziesz na spotkanie biznesowe w koszulce Legii, ale w eleganckim płaszczu z guzikami z subtelnym napisem – czemu nie? W tym sezonie dostaniemy odpowiedź na to pytanie.

Jaka jest pierwsza odpowiedź?

Szumielewicz: Pozytywna. W ciągu kilku dni sprzedaliśmy kilkanaście płaszczy, a ta produkcja nie idzie w tysiące. Do bardziej miarodajnej oceny potrzeba dłuższej perspektywy, bo na początku przez sklep przewija się fala fanatyków, którzy są skłonni zrobić większe zakupy. Za moment dojdzie też seria marynarek, eleganckich portfeli, wizytowników czy skórzanych etui do telefonów z dyskretnymi sygnaturami legijnymi. Podejmujemy ryzyko. Chcemy sprawdzić elastyczność zakupową w różnych środowiskach. Dzisiaj po te rzeczy sięgają „aktywni” kibice, którzy przychodzą na stadion. Widzimy jednak, jak bardzo marka Legii jest obecna w całym mieście i jak wielu fanów po prostu nie chodzi na mecze. Powinniśmy być mostem, który łączy kibica z klubem. Jeżeli ktoś nie ma czasu przyjeżdżać na stadion, to nie znaczy, że nie założy naszej koszulki polo na grill u znajomych pod Warszawą.

Asortyment będzie do kupienia tylko u was czy też na zewnątrz?

Szumielewicz: Bardzo chciałbym wejść na lotnisko. Żebyśmy jednak weszli do mozaiki kontrahentów, ktoś musi z niej wypaść.

Ubrania są absolutnym numerem jeden w całym handlu pamiątkami?

Szumielewicz: Ilościowo numerem jeden są szaliki, ale wartościowo – zdecydowanie ubrania. Wszystko dzieli się fifty-fifty. Linia lifestyle’owa równoważy się też z linią profesjonalną Adidasa.

Są jeszcze segmenty, których nie napoczęliście, a które warto było zagospodarować?

Szumielewicz: Cała masa. Teraz wprowadzamy walizki podróżne z wizerunkami zawodników. Wypuszczamy też puzzle z pierwszą drużyną i ze stadionem. Myślimy o napojach, a ostatnio wprowadziliśmy nawet drzwi w barwach Legii.

To akurat bardziej zabieg promocyjny.

Szumielewicz: Ale kilka sztuk się sprzedało. Lepiej zarobić 10 tysięcy, niż nie zarobić. Będziemy też wprowadzać piecyki grzewcze wieszane na ścianie. Nic nas to nie kosztuje. Często w przypadku takich projektów montujemy egzemplarz prezentacyjny i jeżeli ktoś jest zainteresowany, to albo odsyłamy go do producenta, albo sami u niego zamawiamy. Przecież nie składujemy stu drzwi w klubie. Wszystko jednak wzbogaca naszą ofertę.

Są produkty, z których zrezygnowaliście, uznając, że to obciach?

Szumielewicz: Miska dla psa. Była totalnym hitem, a świadomie wycofałem ją ze sprzedaży. Nie wprowadziliśmy też wycieraczek, o które wszyscy pytają. Staramy się nie umieszczać herbu pod stopami nawet na wykładzinach klubowych. Ale – już bez konkretów – przychodzą nam do głowy różne przewrotne pomysły, co można pokazać na misce zamiast herbu (śmiech). Mówiąc serio - przychodzą też do nas dostawcy, którzy chcą wyprodukować wódkę z herbem Legii, ale nie jesteśmy zainteresowani.

Barcelona oferuje wino i szampana.

Szumielewicz: Tu wchodzą kwestie ekonomiczne. W obu kategoriach mamy tak wyżyłowane ceny, że po prostu nie opłacałoby się nam to. Wiele świadczeń na poziomie restauracyjnym często jest nieodpłatnych, na zasadzie barteru. Tak się buduje rentowność, a – pamiętajmy – gdy przejmowaliśmy Legię, klub był deficytowy. Sporo umów trzeba było zreformować, byśmy nie ponosili świadczeń gotówkowych. Wiele rzeczy odbieramy za świadczenia reklamowe.

Wiele klubów wypuszcza też czekolady, chipsy i inne tego typu produkty. Was w branży spożywczej nie ma.

Szumielewicz: Wszystko przed nami. Jesteśmy w Legii od dwóch lat i wszystko układamy tak, by najpierw realizować najważniejsze rzeczy, a potem zajmować się finezyjnymi rozwiązaniami. Olbrzymi potencjał niesie ze sobą linia kosmetyków, ale od razu powstaje pytanie – gdzie to eksponować? Sam wywodzę się z branży kosmetycznej i wiem, że kluczem do sprzedaży jest świetna ekspozycja. My tutaj takich możliwości nie mamy. Tworząc taką linię, trzeba zapewnić sieć dystrybucji. Nawiązać współpracę z kimś, kto weźmie produkty na magazyn i zobowiąże się do wprowadzenia ich np. do Rossmannów. Jedna półeczka z trzema piankami do golenia nie ma sensu. Nikt nie wyprodukuje 500 sztuk. Trzeba od razu 10 000. I co z tym zrobić, jeśli sieć dystrybucji nie istnieje? Na razie nie jest to sprawa życia i śmierci.

Ale realna perspektywa to pięć lat?

Szumielewicz: Na sto procent. Poza standardowymi kategoriami Back to school czy Baby Born linia kosmetyków i linia spożywcza też cieszyłyby się dużą popularnością. W obu przypadkach jesteśmy jednak beneficjentami marży, którą się dzielimy z dostawcą.

Rynek jest tak chłonny, że nie zapcha się w ciągu kilku lat? Będziecie mieli komu to sprzedawać?

Szumielewicz: Na razie rynek nie jest eksplorowany, bo żaden klub tego nie robi. Bylibyśmy pierwsi. Wchodzimy w niezagospodarowaną niszę, a cały deal polega na tym, że zanim coś produkujemy, badamy potencjał zakupowy. Po zebraniu masy zamówień, czyli deklaracji zakupu, przystępujemy do produkcji. Nikt nie podejmie ryzyka wyprodukowania za milion złotych czegoś, co się nie sprzeda. Tak to nie działa. Na razie koncentrujemy się na sklepie i otworzeniu butiku na lotnisku. Warszawa kojarzy się z kilkoma rzeczami – Muzeum Powstania Warszawskiego, Muzeum Historii Żydów, Zamkiem Królewskim, ale – nie ma tu żadnych wątpliwości – kojarzy się też z Legią.

Leśnodorski: Czasem tylko pomiędzy nami a ratuszem pojawiają się pewne rozbieżności.

Szumielewicz: Jeżeli ktoś jest zabiegany i nie ma czasu kupić koszulki dziecku, to na lotnisku powinien dostać taką możliwość. W dużym sklepie, być może połączonym z pamiątkami miejskimi. Dlaczego nie? W dalszej perspektywie jesteśmy przecież z miastem jednością. Taki sklep to dla nas must-have. Niczego nie robimy na niby. Nie interesują nas przekrzywione wieszaczki, gdzieś w rogu, w jakimś kiosku. Takie sytuacje tylko szkodzą wizerunkowi firmy. Musi być profesjonalnie i z przytupem. Wszystko pociąga jednak za sobą inwestycje.

Twarzą marki odzieżowej został też sam prezes.

Leśnodorski: A co miałem zrobić? Jak wyjdzie dobra bluza, to chcę sobie poprawić image (śmiech).

I jak się pan czuje w roli ekspozycji?

Szumielewicz: Boguś lubi chodzić w tych rzeczach.

Widać to po lożach prezesów. Wyróżnia się pan strojem na tle innych działaczy. Podobnie jak reszta waszej delegacji.

Leśnodorski: Nie ma żadnego nakazu. Wszyscy z nas lubią zakładać te ubrania. Na Polonię też się ostatnio tak ubraliśmy i nas nie wpuścili (śmiech).

Szumielewicz: Dlatego też powstają modele, w których wyglądamy w sposób formalny, a zarazem legijny.

Leśnodorski: Patrzcie na ten płaszcz (Bogusław Leśnodorski prezentuje nowy płaszcz oficerski, w ciemnozielonym kolorze – przyp. red.). Kozak, co? Muszę tylko trochę schudnąć, ale za miesiąc będzie w sam raz. Ale najfajniej, gdy widzisz małe dzieci jeżdżące w legijnych ubraniach do szkoły. To największa radość.

Często to dostrzegacie?

Leśnodorski: Coraz częściej. Dziecięce kolekcje są tanie, więc nie wpływa to znacząco na przychody. Wzrost jest jednak kosmiczny. Na poziomie kilkuset procent.

Najlepsze przed wami. Święta Bożego Narodzenia.

Szumielewicz: Wszystko mamy zabudżetowane. Wiemy, że nadchodzi najlepszy czas sprzedaży. Cykl przychodów łączony jest z cyklem rozchodów.

Wszystko jednak kontrolujecie. Nie musicie od razu wydawać nadwyżki budżetowej.

Leśnodorski: Nie do końca wszystko. Ilości kar nie możemy przewidzieć.

Szumielewicz: Ciekawym projektem jest otwarcie przychodni medycznej. Zawodnicy musieli jeździć po całej Warszawie albo nawet za granicę, a na stadionie stała niezagospodarowana przestrzeń tysiąca metrów kwadratowych. Wszystko szło w ruinę, szatnie dla chłopców z akademii wyglądały koszmarnie, a obok na trybunie wschodniej mieliśmy fantastyczne szatnie wykorzystane częściowo przez ligę biznesu. Dlaczego tego nie zaaranżować? Wpadliśmy na pomysł, by zbudować klinikę sportową. Sami nie mogliśmy tego zrobić, bo w grę wchodzą miliony, więc znaleźliśmy partnera, który wyposażył ją w taki sprzęt, jaki nam jest potrzebny. Teraz wszystko mamy w jednym miejscu. Jeśli ktoś dozna kontuzji, od razu jest przenoszony do naszych lekarzy w klinice, która po godzinach prowadzi swoją normalną działalność komercyjną. To wszystko podnosi standard obiektu, a i nasi kibice mają tam zniżki, choćby do dentysty. A my mamy z tego pieniądze. Rozwiązanie na miarę Europy.

Stworzyliśmy też ciekawy projekt dla dzieci pomiędzy trzecim a piątym rokiem życia. Mamy już pięć przedszkól w różnych dzielnicach, do których rodzice przywożą dzieci na godzinne zajęcia, takie zabawy z piłką. Oddelegowaliśmy tam profesjonalnych trenerów z naszej akademii. W projekt zaangażowało się już dwa tysiące dzieciaków. Niebywała popularność, spore zyski, a nakłady z naszej strony znikome. W zasadzie tylko koszt wynajęcia boiska.

Leśnodorski: Tylko trzeba trzymać jakość.

Szumielewicz: Zadajemy też sobie pytanie, co dalej z tym projektem. Czy wyjść poza Warszawę i co robić z tymi dziećmi, gdy podrosną? Projekty i wizje się mnożą.

To jednak dość dziwne, że Piotr Reiss – jako niemal jednoosobowa firma – szkoli więcej dzieci niż wy i potrafił wszystko spiąć.

Leśnodorski: W Poznaniu jest łatwiej. Nasz dialog z miastem jest dobry, ale – nie wchodząc w szczegóły – chwilę zajęło, zanim pani prezydent nabrała zaufania.

Na kogo pan głosuje w następnej turze?

Leśnodorski: Skoro się dogadaliśmy, to nie mam wyjścia (śmiech). Odpalamy teraz mega fajny sportowy projekt. Totalny hit. Legia Fight Club. Sala z ringiem, matami i całym sprzętem, jakiej – tak przynajmniej mówią trenerzy – nie ma w całej Europie.

Chcecie być wysoko w lidze chuliganów? (śmiech)

Leśnodorski: Bez tego też sobie chłopaki chyba radzą (śmiech). Nie, nie instalujemy klatki. Kick-boxing, zapasy, judo, boks…

Szumielewicz: Współpracujemy już z dziewięcioma sekcjami. Nawet dzisiaj miałem spotkanie z sekcją pływacką. Też budują akademię i potrzebują naszego wsparcia w zakresie współpracy z  miastem i Uniwersytetem Warszawskim. Sporty walki są natomiast zapisane w historii klubu. Legia odnosiła w nich gigantyczne sukcesy, a teraz znajdują się w kompletnej ruinie finansowej i są rozsypane po całej Warszawie. Staramy się pomóc tym chłopakom. Chcemy tak zagospodarować pewne miejsca, by wszyscy mogli trenować w jednym miejscu pod okiem najlepszych fachowców.

Leśnodorski: Powstał w społeczeństwie boom na sport. Każdy biega, gra w tenisa, jeździ na rowerze lub chodzi na siłownię. Ludzie stają się coraz bardziej wymagający, a kiedy zobaczą, że w Legii pracują najlepsi trenerzy w najlepszych warunkach, to zaczną przychodzić do nas. Każdy chętnie potrenuje obok mistrza świata. Jeśli zagwarantujemy odpowiedni poziom, to ludzie zapłacą 50 lub 100 złotych więcej za karnet, by móc ocierać się o sport najwyższej klasy. Inne, nawet najładniejsze siłownie tego nie zagwarantują. Stadion Narodowy też jest ładny, ale duszy sportu jeszcze na nim nie czuć.

Kiedy te wszystkie pomysły docelowo wam się udadzą…

Leśnodorski: Jakieś na pewno nie wypalą.

… do jakiego budżetu jesteście w stanie dojść w perspektywie pięciu lat?

Leśnodorski: Myślę, że 200 baniek zrobimy na pewno.

Bez Ligi Mistrzów?

Leśnodorski: Tak. Nie licząc wzrostu przychodów sportowych.

Szumielewicz: Przy tym stadionie to maksimum. Potrzeba czasu i sukcesu sportowego na przyjście poważnego ubezpieczyciela, który chciałby zagospodarować bazę kibiców, by móc do nich dotrzeć z ciekawą ofertą, albo operatora z branży bankowej. Grubszy sukces sportowy nadałby nam takiego sznytu.

Leśnodorski: W tym roku pachnie 120, może 125 milionami. Z Ligą Mistrzów byłoby 40 więcej. Ale przygotujmy się też, że może być jakaś wtopa!

Słabość konkurencji nie rozleniwia? Prawda jest taka, że nikt was nie goni.

Leśnodorski: Szanujemy przeciwników, ale niektórzy nie mają takich możliwości choćby przez to, że są z mniejszych miejscowości.

Ale jeśli wyciśniecie maksimum z Warszawy, a inni nie wycisną dziesięciu procent np. z Gliwic, to ta liga strasznie się rozjedzie.

Leśnodorski: I to jest kłopot. Pieniądze jednak nie grają. 200 milionów budżetu nie oznacza, że od razu zrobimy olbrzymi krok w Europie. Im dłużej żyję, tym bardziej jestem przekonany, że nie ma sensu wydawać miliona euro lub dwóch za zawodnika. Przy lepszym skautingu rok wcześniej można ich wyjąć za pół bańki. Jeżeli chcesz kupić piłkarzy z doświadczeniem, którzy od razu zrobią różnicę, to trzeba wyjąć trzech po pięć milionów. A 15 milionów euro na transfery to abstrakcja. Ile klubów w Europie tyle wydaje? 50 w Europie? Z tego dziesięć w Turcji i dziesięć w Rosji.

Przy jakim budżecie wy możecie być takim klubem?

Leśnodorski: Za pięć lat, przy 50 milionach euro, ale nie wszystko jest takie oczywiste. Teraz np. zapanował totalny szał na punkcie Bielika i Dudy. Wszyscy zwariowali. Dzwonią, przyjeżdżają, obserwują i człowiek stoi w rozkroku. Chłopak zagrał kilkadziesiąt minut, ma 16 lat, chcemy, by tu został, ale widzimy, co się dzieje. Chciałbym dojść do takiego momentu, by zagraniczne kluby wiedziały, że zależy nam na poziomie sportowym i nie musimy od razu wszystkich sprzedawać.

Kogo sprzedacie drożej? Żyrę czy Dudę?

Leśnodorski: Nie no, Dudę! W tym przypadku sky’s the limit. To biznes oparty na emocjach. Jeśli jeszcze dołoży po jednej bramce w dwóch ostatnich meczach Ligi Europy, to niektórym wyłączy się rozum. Dwa miesiące temu było odwrotnie – wtedy Michał świetnie grał z Celtikiem. A może nie sprzedamy nikogo?

Skoro sami rozsyłacie oferty, to znaczy, że macie ciśnienie, by ich sprzedać.

Leśnodorski: Nie rozsyłaliśmy oferty po całym świecie. Bez przesady. Na początku sami zapraszaliśmy zagraniczne kluby, by zobaczyły, jak funkcjonuje nasz klub. Nie licząc bramkarzy – przed Wolskim żaden z naszych zawodników nie został sprzedany do poważnego zespołu. Chcemy też wysyłać piłkarzy w takie miejsca, w których będą grali. Potrzebujemy success stories. Nie możemy sobie pozwolić, by kolejni nasi piłkarze wyjeżdżali i grzali ławę. To nieopłacalne dla naszego wizerunku.

Jednym słowem – sprzedaż kurtek jest pewniejszym biznesem.

Leśnodorski: Długa droga przed nami. Wszystkiego się uczymy, ale w strefie biznesowej jesteśmy naprawdę dobrzy. Jedną trzecią całego budżetu Legii robimy na jednej trybunie.

Trzydzieści milionów?

Leśnodorski: Więcej. Czterdzieści. Sprzedajemy loże, wynajmujemy na imprezy…

Szumielewicz: 200 miejsc po 15 tysięcy, 1000 miejsc po 10 tysięcy. Do tego reklamy sprzedane Lexusowi lub innym podmiotom.

Leśnodorski: Robimy osiem baniek na samych konferencjach.

Szumielewicz: Jeżeli jakiś deweloper wybuduje ekskluzywny wieżowiec, to na trzy mecze dostaje możliwość rozłożenia folderów za 150 tysięcy złotych. W tym miejscu, na tej trybunie, o wiele łatwiej jest taką usługę sprzedawać, bo grupa kibiców jest najbardziej stargetowana… Stajemy się marką o zasięgu coraz bardziej ogólnopolskim. Z informacji, które do nas spływają, wynika, że poszerza się liczba kibiców Legii nawet poza naszym województwem. W dialogu z potencjalnymi reklamodawcami jest nam coraz łatwiej i coraz częściej oni sami się do nas zgłaszają. Sytuacja przez półtora roku się zmieniła. Wtedy mogliśmy jedynie operować wokół marek, które już funkcjonowały przy klubie.

Leśnodorski: Nie możemy jednak myśleć, że świat do nas należy. Życie wszystko weryfikuje. Dwa albo trzy razy nie zrobiliśmy dealu, który finansowo wydawał się bardzo dobry, bo myśleliśmy, że jesteśmy już takimi kozakami, że zgłoszą się jeszcze większe firmy, jak Sony czy Panasonic. Nie ma tak lekko.

Kampanie typu „możesz być nawet z Poznania i kibicować Legii” wybiliście już chyba sobie z głowy.

Leśnodorski: Teraz mamy kampanie takie bardziej… sophisticated.

(śmiech)

Szumielewicz: Ale akurat tamtą oceniamy pozytywnie. Nadała nam rozpędu medialnego i spowodowała osiągnięcie tego celu, który zakładaliśmy. Czyli poruszenie elektoratu lokalnego, który – w obliczu tego, jak źle o nas mówiono – miał okazać solidarność i pojawić się na stadionie.

Celem było wkurzenie ludzi z innych miast.

Leśnodorski: Oczywiście, że tak. Wiadomo (śmiech).

Szumielewicz: Są dwie drogi. Wypaczanie czarno-białego wizerunku Legii, którą albo się kocha, albo nienawidzi lub dążenie do eksplorowania tego wizerunku. My poszliśmy w kierunku rzeczywistym, ale nie jest to stała strategia. Nie możemy dzielić ludzi, jeśli chcemy być polskim Bayernem.

Leśnodorski: Ja akurat nie lubię Bayernu.

Szumielewicz: Chodzi mi – wiadomo – o zasięg i skalę działania.

Leśnodorski: Nie jestem już w radzie Ekstraklasy, więc mogę to powiedzieć: taka organizacja powinna dużo bardziej stymulować rozwój biznesu w klubach.

Szumielewicz: Mają możliwości, by pełnić funkcję edukacyjną.

Leśnodorski: Merchandising to tak prosta sprawa na poziomie Ekstraklasy… Sami moglibyśmy pomóc.

Szumielewicz: Gdyby zorganizować takie workshopy i każdy powiedziałby o swoich best of, to skorzystaliby wszyscy.

To jest w waszym interesie?

Szumielewicz: Oczywiście.

Leśnodorski: A jak?! Muszą wszyscy zacząć iść do przodu, bo inaczej będzie rzeźnia. Nie ma dwóch zdań.

Szumielewicz: Nie będziemy – co oczywiste – projektować ubrań dla Lecha Poznań.

Leśnodorski: Ale coraz więcej klubów działa jednak sensownie. Widzieliście stadion Jagiellonii?

Szumielewicz: Od razu frekwencja się poprawiła. Ludzie oczekują profesjonalizmu, fajnej atmosfery i wygodnych miejsc. Nam jest o tyle trudniej, że to wszystko już mamy, ale stale podnosimy standard. Choćby w gastronomii.

Leśnodorski: O, tu mamy naprawdę dużo do zrobienia.

Szumielewicz: I nad tym będziemy pracować do skutku. To nasza duża bolączka i coś, co może nas zaprowadzić do tych 200 milionów. Dzisiaj z gastronomii dostajemy grosze, kibice są niezadowoleni. Już nawet nie chodzi o jakość jedzenia, ale o jego niedostępność. Tysiące ludzi powinny przed meczem móc kupić zapiekankę, a kupuje garstka, bo nie pozwala na to logistyka.

Powoli zaczyna się robić moda na chodzenie na reprezentację. Wam tego jeszcze brakuje.

Szumielewicz: To problem ogólnopolski, co wcale nas nie pociesza. I nie chodzi tu o znudzenie ofertą Legii na tle innych alternatyw w Warszawie. My akurat mamy najmniejszy odpływ kibiców – po ośmiu kolejkach zaledwie 15 tysięcy osób. Wiele klubów traci w dziesiątkach tysięcy, a – nie licząc Jagiellonii – żaden klub nie jest na plusie. Problem całej Ekstraklasy.

Zdiagnozowaliście go?

Szumielewicz: Powodów jest masa. Częściowo też reforma Ekstraklasy.

Leśnodorski: To niesamowite, ale na europejskie puchary chodzą zupełnie inni kibice niż na ligę. Z 70 procent kibiców, którzy posiadają karnety, nie pojawia się na Lidze Europy. Nigdy byśmy na to nie wpadli.

Wasi grupowi rywale marketingowo nie zwalają z nóg.

Leśnodorski: Wciąż jednak myślę, że kibice powinni przychodzić na swój klub.

Szumielewicz: Już awansowaliśmy do następnej rundy, więc teraz – miejmy nadzieję – zaczną przychodzić. Jeśli nie, to kiedy? Dopiero po awansie do finału, który i tak nie będzie na naszym stadionie?

Z Celtikiem stadion był pełny.

Leśnodorski: Tak, ale pamiętacie, co mówiłem na początku? Że fajnie byłoby coś wygrać z dwa-trzy razy przez te pięć lat. Teraz doszło do takiego paradoksu, że każdy mówi: „nie no, wiadomo, że i tak wszędzie zwyciężycie”. Drażni mnie to. Z tygodnia na tydzień przyzwyczajamy się, że jest dobrze i nikt nie bierze pod uwagę porażki.

Pierwszy raz w historii macie szansę na trzy mistrzostwa z rzędu, jeśli zapomnimy o roku 1993.

Leśnodorski: Tak, ale wiele się może zdarzyć. Granie w pucharach i w lidze to zupełnie inny sport. Ruch zaliczył dwie rundy eliminacji i dopiero teraz się ogarnął. Zwróćcie uwagę, co się dzieje z niektórymi drużynami po samym Pucharze Polski. Następne dwa mecze – padaczka. Albo od razu odpuszczają.

Szumielewicz: Nie jest tak, że siadamy na trybunie, odpalamy cygarko i zastanawiamy się, ile strzelimy goli. Trzeba utrzymywać koncentrację w każdym spotkaniu.

Leśnodorski: Pokazał to mecz z Podbeskidziem.

To drażliwa kwestia, ale czy na spadek frekwencji nie wpływa nietypowe zarządzanie drużyny przez Henninga Berga i te wszystkie rotacje?

Leśnodorski: Pojawiają się takie głosy, ale to dla mnie śmieszne. Kiedyś wydawało mi się, że ludzie chętniej będą chodzić na wychowanków, niż na obcokrajowców.

Na Piecha ani Lewczuka nie muszą chcieć chodzić.

Leśnodorski: Piech nie gra.

No, już nie (śmiech).

Leśnodorski: A Lewczuk źle zagrał z Bełchatowem? (śmiech)

Nie w tym rzecz. Idąc na Legię, nie wiadomo, czy obejrzysz pierwszą drużynę, czy rezerwy. Kibic nie jest przyzwyczajony, że ma dwie jedenastki. 

Leśnodorski: Nie wiem co powiedzieć. Gdyby tak było, to już by mi ręce opadły. Wyglądamy coraz lepiej, ale nawet „Rado” nie zawsze może grać co trzy dni. Kto jest gotowy do takiej gry? Broź, Astiz, Rzeźniczak, Ivica, Duda, choć on nie zawsze, i Dusan. A reszta? Szybkościowcy, jak „Kuchy” czy Żyro od razu łapią urazy, „Jodła” waży 100 kilo, o Dossie nie ma co mówić, a „Brzytwa” to cud, że dojechał tak długo. Kilku z tych chłopaków mogłoby dać radę piłkarsko w poważnych klubach, ale nie przeszliby testów fizycznych.

Rozumiemy koncepcję rotowania składem, ale takie kluby, jak Barcelona czy Real, wiedzą, że piłka to biznes i jeżeli kibic płaci za mecz, to chce obejrzeć Messiego i Ronaldo.

Leśnodorski: Ale nas wygrywanie kosztuje dużo więcej. Jeżeli piłkarz Barcelony przyjmuje piłkę, to ona zatrzymuje mu się przy nodze. U nas każdemu odskakuje na metr. Przyjmie kilkadziesiąt razy, to musi wykonać kilkadziesiąt sprintów.

(śmiech)

Leśnodorski: Naprawdę tak jest! Mamy wyniki różnych analiz, z których wynika, że biegamy więcej od niektórych zespołów Bundesligi, bo latamy za tą piłką (śmiech). Dlaczego Duda, Guilherme i „Rado” radzą sobie dużo lepiej? Bo wiedzą, że lepiej mądrze stać niż głupio biegać. A u nas, w Ekstraklasie, z pressingiem to jest tak, że jak się uda, to się uda. Jak się nie uda, to jedenastu sprintem na własną połowę. Dwie takie przebieżki i 15 minut przerwy, bo wszyscy czekają, żeby dojść do siebie.

Szumielewicz: Przynajmniej jest wesoło.

Leśnodorski: Ale staramy się. Będziemy lepsi.

Rozmawiali KRZYSZTOF STANOWSKI i TOMASZ ĆWIĄKAŁA

Dodamy, że na fotografii rozpoznać można m.in. Wacława Denhoffa-Czarnockiego.

Written on Listopad 26, 2014 at 10:06 pm, by

Dodamy, że na fotografii rozpoznać można m.in. Wacława Denhoffa-Czarnockiego.


Zdjęcia na osi czasu
26 listopada 1911 roku, dokładnie 103 lat temu drużyna Polonii rozegrała swój pierwszy w historii mecz poza stolicą. Rywalem młodego zespołu był ówczesny mistrz Łodzi: drużyna o zaskakującej dla wielu nazwie... Newcastle! Jak informował magazyn Ruch - spotkanie zakończyło się zwycięstwem łodzian 3:2.

Zaburzyliśmy z Zagłębiem harmonię polskiego futbolu

Written on Listopad 26, 2014 at 3:20 pm, by

Zaburzyliśmy z Zagłębiem harmonię polskiego futbolu

- Pamiętam pierwszy dzień w klubie. Wchodzę, a tam boazeria jak z „Piłkarskiego Pokera” z lat 80., wkoło puchary obsiane pajęczyną, biurko paździerzowe, jak w starych zakładach, stary telewizor z pokrętłami, wykładzina obsikana i pogryziona przez psa. Pomyślałem: „w co ja się wpakowałem?”. Zacząłem czytać fora internetowe i jakie opinie? Kolejna zmiana, kolejny wariat, kolejny ignorant nic nie wie. Zhejtowali mnie od razu. Wracam do domu i mówię żonie: „słuchaj, popełniłem błąd, rezygnuję, bo nie daję sobie rady”. Inny świat. Byłem członkiem zarządu innej spółki, a tu taki syf – opowiada w długiej rozmowie Robert Pietryszyn. Dziś prezes spółki Wrocław 2012, przed laty prezes Zagłębia Lubin, który doprowadził ten klub do mistrzostwa Polski.

Da się znaleźć wspólny mianownik pomiędzy zarządzaniem stadionem a zarządzaniem klubem?

W jednym i drugim jestem uczestnikiem wydarzenia sportowego. Zależy mi na zwycięstwach Śląska. Oni wygrywają – ja mam więcej kibiców na stadionie, sprzedaję więcej piwa, hot-dogów czy pakietów biznesowych. Ich sukcesy to mój zarobek. Emocje w obu branżach jednak trochę się różnią. Kiedy Śląsk wpada w kryzys, wiesz, że to nie twoja głowa leży na szafocie. Nie ma tego negatywnego piłkarskiego stresu.

Stresu nie ma, dopóki media nie zaczynają podkreślać, że stadion nie zarabia, co we Wrocławiu długo było problemem.

Kiedy w latach 2009-2010 budowano w Polsce stadiony, przyjęto fatalną narrację pt. „stawiamy obiekty, by zarabiać na wydarzeniach sportowych i wielkich koncertach. Przygotowujemy maszynkę do robienia pieniędzy”. Utnijmy ten mit. Nie znam stadionu w Polsce, który na siebie zarabia. Co więcej – sam objechałem wiele europejskich obiektów oraz otrzymałem raport o wszystkich stadionach w Europie i kilku w Stanach Zjednoczonych. Które na siebie zarabiają? Te, na których grają wielkie kluby. Na naszym Stadionie Narodowym nie występuje żaden klub, a nawet jak gra reprezentacja, to nie można liczyć na kokosy. Żeby było jaśniej- stadion we Wrocławiu zarabia wtedy, gdy przychodzi 20 tysięcy ludzi, bo wtedy Śląsk płaci nam za najem. Ile więc zarobiliśmy w tym sezonie? Nie licząc ostatniego meczu – ani złotówki. Gdyby grała u nas Barcelona, mielibyśmy super rentowny obiekt. A gdyby Śląsk grał na Camp Nou, to tam mieliby problem. Biura i sale konferencyjne pozwalają zarobić, ale nie pokrywają całego rachunku. Na domiar złego frekwencja spada. Każdy może sobie obejrzeć mecz w domu i wyjdzie mu taniej. W Niemczech nie mają tego problemu. W niedziele galerie handlowe są pozamykane, wybrane szlagiery lecą na żywo, na pozostałe mecze trzeba iść.

Twoim zdaniem narracja powinna być taka, że stadion to obiekt użyteczności publicznej, od którego nie można wymagać, że będzie na siebie zarabiał.

Miasta dokładają kilkadziesiąt milionów złotych rocznie do teatrów, w których bywa rocznie kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Na stadiony wykładają milionów kilka, osób pojawia się kilkaset tysięcy, a to przecież też kultura. Co prawda masowa, a nie wysoka, ale ludzie także spędzają czas przy sporcie. Nikt się nie wkurza, gdy władze zapłacą za bibliotekę czy aqua park, ale za stadion – jak najbardziej. Dlaczego? Bo przyjęliśmy błędną narrację. I nie sprawdziliśmy, jak jest za granicą. W Niemczech większość obiektów finansują samorządy – tak zakrywa się tę dziurę. U nas opinia publiczna nie zaakceptowałaby tego. Możemy dobudować dziesiątki tysięcy metrów kwadratowych biur, ale to już nie będzie arena sportowa, tylko murawa przy biurowcu. Stadion we Wrocławiu ma 10 tysięcy metrów kwadratowych biur, dwa tysiące metrów sal do wynajęcia i zarabia na tym rocznie 10 milionów, ale – by się finansować- potrzebuje 17.

Zarzucono wam też wyjątkowe straty przy większych imprezach.

Kolejny przykład braku wiedzy. Żyliśmy w przekonaniu, że skoro nie daje nam zarobić piłka, to zarobimy na koncertach, super dochodowym biznesie. Tylko na razie nie zarobiło żadne miasto. Ani Poznań, który „robił” Stinga, ani Warszawa, która miała Madonnę, ani Wrocław, gospodarz trzech imprez – walki Kliczki i koncertów George’a Michaela oraz Queen. Powód jest prosty – wszyscy zakładali w budżecie sponsoring na poziomie dwóch-trzech milionów złotych. Niby dużo, ale przy tym biznesie teoretycznie niewiele. Teoretycznie, bo w Polsce rynek sponsoringu nie istnieje. Ta pozycja po koncercie wynosi zero lub zero z niewielkim plusem, co powoduje, że imprezy są stratne. Żaden stadion ani miasto nie zorganizuje samodzielnie takiego wydarzenia.

Jak można zorganizować walkę Kliczki przy pełnym stadionie i na niej stracić?

Tłumaczę – na biletach zarobiliśmy tyle, ile zakładaliśmy, ale nie było sponsorów w kwocie trzech milionów! Powiedzieli: „dostaniecie od nas różne świadczenia, np. sprzęt w barterze, ale kasy nie damy”. Wielkie europejskie i amerykańskie korporacje mówią: „nie. Mamy stadiony w Londynie czy Hamburgu i tam kierujemy pieniądze”.

W dalszym ciągu nie rozumiemy, jak można na takiej walce stracić.

Wina nie leży po naszej stronie – imprezę organizowała firma międzynarodowa. Firma SMG, która w Stanach jest potentatem, tutaj sobie nie poradziła. I straciła. Ludzie nie wierzą, że – powtarzam – u nas rynek sponsoringu nie funkcjonuje. A ten, który istnieje w wielkich spółkach Skarbu Państwa, opiera się zazwyczaj na, mrugnięciu okiem czy telefonie do znajomego.

Wy, jako zarząd stadionu, nie możecie tak tego skalkulować, by ewentualny sponsoring był dodatkowym zyskiem?

Nie, bo nie zrobimy imprezy. Chyba że bilety będą po 1200 złotych. Coś za coś. PKB na Dolnym Śląsku to 9000 euro rocznie na głowę, w Amsterdamie 40 tysięcy, a koncert Madonny kosztuje w obu miejscach tyle samo. Nie ma różnicy w gaży artystki i koszcie techniki. Ale to też problem Poznania, Warszawy i Gdańska. Strata.

I nie da się z tym nic zrobić? Sytuacja bez wyjścia?

Jak zaczniemy jako Polacy lepiej zarabiać, a firmy nabędą większą świadomość wartości sponsoringu, to może zacznie się udawać. Na razie nie udało się nikomu. Ani naszym firmom, ani zagranicznym. Gdyby nie sponsoring, państwowego giganta, koncert Timberlake’a w Gdańsku nie odbyłby się. Jeżeli pieniądze wyłoży taka firma, to impreza może się udać. Co więcej – kolega, który zarządza w Niemczech takim obiektem jak nasz, powiedział, że tam nie udałoby się bez wsparcia samorządu. Wydaje nam się, że niewidzialna ręka rynku wszystko załatwi, ale przy koncertach to nie działa.

Chcesz zakomunikować ludziom, żeby się przyzwyczaili, że…

… dopóki trybuny na meczach nie będą pełne, sytuacja się nie zmieni.

Na Narodowym masz pełne trybuny, a mecz i tak generuje straty.

Ale masz kilka meczów rocznie, a nie 17. Warszawa to w ogóle dobry przykład, bo w stolicy nie ma nowoczesnej hali i sam Stadion Narodowy jest bardziej halą, niż stadionem.

Obiekt wielofunkcyjny.

Znajdziemy takie areny w Niemczech lub Anglii?

Gelsenkirchen.

Okej, to wyjątek. Kiedyś się zastanawiałem, dlaczego Polonia nie gra na Narodowym. Niech sobie otworzą jedną trybunę z tyłu na osiem tysięcy ludzi. Gdyby mądrze to zorganizowali, to za kilka lat przychodziłoby 20 tysięcy.

Podsumowując – musimy zaakceptować, że stadion to element, który chcemy mieć w mieście, ale na nim nie zarobimy.

Błędne koło. Komu najbardziej powinno zależeć na zmianie sytuacji? Właścicielom klubów. Zależy im na pieniądzach z biletów, ale z drugiej strony – chcą jak najwięcej zarobić z praw telewizyjnych. Ekstraklasa musi przygotować taki produkt, który najbardziej zadowoli klienta. Taki, który pozwoli ci obejrzeć mecz w lepszych warunkach niż na stadionie. Z dobrym obrazem, powtórkami…

Z telewizji zawsze będzie więcej kasy niż ze stadionu.

Jasne, ale te proporcje są zachwiane. Jeżeli wszystkie mecze możesz obejrzeć na żywo, to jaką masz motywację, by iść na stadion? Jeżeli władze nie są rozliczane z frekwencji, tylko z praw, to dlaczego ma im zależeć na wypełnianiu obiektów? Nasza liga jest coraz bardziej atrakcyjna, może zaraz prawa wykupią Czesi czy Słowacy, ale naprawdę mamy problem.

Organizowaliście imprezę, która wypaliła wam w stu procentach?

Zmieniliśmy system organizacji. Jeżeli chcesz zorganizować koncert, to organizuj. Wynajmij stadion, zapłać 300 tysięcy. Jeśli masz ofertę, to być może miasto, województwo, a nie stadion – będzie miało interes, by wykupić od ciebie sponsoring np. na promocję własnej marki i budowanie jej świadomości w społeczeństwie. Tak się odbył koncert Linkin Park – my zarobiliśmy kilkaset tysięcy, ,zaczęli przyjeżdżać ludzie z Czech czy Niemiec. Widać, że rynek jest perspektywiczny w kontekście najbliższych lat, ale na tym etapie jeszcze niedojrzały. Znacie jakiś biznes, który dał pełną stopę zwrotu już od pierwszego roku działalności? Stadion we Wrocławiu za dwa lata będzie pokrywał własne wydatki. To normalne, bo dziś  atrakcyjna stopa zwrotu to okres pięciu lat.

System, który podałeś, nie wydaje się innowacyjny.

Zwróćcie uwagę, że kiedy powstały stadiony, żadna firma nie zaryzykowała, by na nie wejść. Wszystkie koncerty były organizowane przez właścicieli obiektów. Okazało się, że branża jest – że nie użyję ostrzejszego słowa – bardzo trudna i na żaden koncert bilety nie sprzedały się w całości, bo były za drogie. Pamiętajmy też, że atrakcją nie jest jeden bilet, tylko dwa. A to już duże koszty. Wszystko w temacie. Jeżeli trybuna jest pusta, to kto ma zarabiać na stadionie? Czy sponsor chce kupić prawa do trybuny, kiedy ona jest pusta? Stadion Narodowy, wielka marka, a nikt nie wykupił praw do nazwy.

Problem słabej frekwencji na meczach Śląska to w jakimkolwiek procencie wasza odpowiedzialność czy decydują wyłącznie zewnętrzne czynniki?

Dział marketingu WKS – u wszczął działania, by było coraz lepiej. Zrobili np. super rzecz – sektor rodzinny, ale nie taki, na który kupujesz bilet na dzieciaka, a idziesz z kumplem. Na ten sektor mogą wchodzić jedynie dzieci z opiekunem i na każdym meczu jest wypełniony. Wychowujesz kibiców. Raz maluch wejdzie za darmo, raz w ramach akcji, ale już za trzecim razem powie: „tato, kupmy bilety i chodźmy na mecz”.

A sprzedaż lóż? Legia jest chyba jedynym klubem w Polsce, gdzie musisz stać w kolejce, by móc kupić lożę.

Gdyby mój stadion był w Warszawie, też sprzedałbym je wszystkie. Warszawa to stolica. Miejsce, w którym siedziby mają wszystkie firmy. Tam po prostu jest więcej biznesu, dla którego warto mieć lożę. Większy potencjał to zaleta wszystkich stolic na świecie.

Wy jakie macie obłożenie?

60 procent.

W liczbach?

Mamy 22 loże, sprzedaliśmy 13.

Niewiele.

Taki rynek. W mojej ocenie nie jest źle.  Loża na trzy lata to milion złotych, czyli poważny wydatek np. dla rodzinnej firmy. Mamy też problem z samą konstrukcją stadionu. Loże na trybunie wschodniej – tańsze, bo za osiemdziesiąt tysięcy złotych rocznie – są oderwane od części stadionu z trybuną VIP, a ludziom, którzy je kupują, zależy, by przebywać w towarzystwie np. prezesa Bońka. Ludzie wolą wykupić VIP-y z klubu, niż siedzieć po drugiej stronie.. UEFA uznała natomiast nasz obiekt za jeden z dziesięciu najbardziej funkcjonalnych stadionów w Europie. Funkcjonalnych pod względem parkingu, położenia, komunikacji miejskiej, bliskości stacji kolejowej i lotniska…

W Lubinie sam wybudowałeś stadion. Z dzisiejszej perspektywy decydowałbyś się na taki sam obiekt?

Budowałbym stadion, ale ten – jak na Lubin – okazał się trochę za duży. Popełniliśmy błąd. Pytanie, czy lepiej mieć ośmiotysięczny obiekt, kolejki pod kasami i grać ceną biletów, czy utrzymywać pustą arenę, gdzie nie za bardzo jest potencjał, by ją wypełnić.

Zachłysnąłeś się mistrzostwem i przewidywałeś, że dobre wyniki będą czymś stałym.

Szczerze mówiąc, byłem wśród tych, którzy uważali, że stadion powinien być mniejszy. Wygrała jednak druga grupa. Patrzyliśmy na to strategicznie. Wierzyliśmy, że nikt nas nie wywali i będziemy budować wartość klubu. To nas trochę zgubiło. Lubin. Taka uroda miasta.

Lubin, czyli polityczne nadanie. Ty wskoczyłeś za PiS-u, a…

To głupie ocenianie, że ten przyszedł za tego, a tamten za tego.

A tak nie było?

Gdyby pojawił się nowy właściciel Weszło, to też pewnie wyrzuciłby parę osób zbyt lojalnych wobec poprzedniego szefa. Takie są realia. Sam w politykę się nie angażowałem.

Pozowałeś z Kaczyńskim na stadionie.

Kaczyński nie był liderem partii, tylko premierem Polski. Z Tuskiem też mam wspólne zdjęcie we Wrocławiu i co? Zejdźcie z tej retoryki.

Robert, gdyby nie polityka, to nie zostałbyś prezesem Zagłębia.

Nie wiem. Skoro tak to oceniacie…

Nie twierdzimy, że wybór był zły, ale motywacja była czysto polityczna.

Nie wiem. Ważne że do Zagłębia trafił profesjonalista.

Wiesz, ale czarujesz.

Nie byłem członkiem PiS-u. Członkiem młodzieżówki byłem wcześniej, ale swoją działalność w polityce zakończyłem w 2005 roku. Wyleczyłem się z aktywnej polityki.

Nie tęsknisz dziś za działalnością stricte w futbolu?

Z chęcią bym powrócił, gdybym dostał autonomię działania i miał właściciela, który rozliczałby mnie z postawionych zadań. Nie mógłbym być narzędziem w czyichś rękach, a tak niestety funkcjonuje duża część polskich klubów.

Byłeś prezesem – że tak to ujmiemy – w amerykańskim stylu.

Tylko w Zagłębiu można było sobie na to pozwolić. Tam nie masz jednego właściciela – koncern daje ci niezależność, a potem cię rozlicza. Całe szczęście, że nikt w zarządzie KGHM nie był fanatykiem piłki. Kiedy znajdzie się taka osoba, pojawia się często problem.

W piłce pojawiłeś się w 2006 roku. Współpracowałeś z trzema trenerami.

Klejndinst, Michniewicz, Wojno, Ulatowski.

Jak dziś postrzegasz te osoby?

Nauczyłem się, by mówić o ludziach albo dobrze, albo wcale.

Następne pytanie?

Cóż, na dłuższą metę poradził sobie tylko Michniewicz, choć – tak uważam – ważna była dla niego współpraca w duecie z Ulatowskim. Rafał uzupełniał Cześka.

Zwolniliście trenera trzy miesiące po zdobyciu mistrzostwa. Dziwna sytuacja.

To się nie stało bez przyczyny. Michniewicz popełnił błędy, z których – to jego wartość – dziś zdaje sobie sam sprawę.

Trafiły na siebie dwie osobowości, które bardzo chciały spić śmietankę po wygraniu ligi i być głównym beneficjentem sukcesu.

Nie, to nie był problem. Mówiąc brzydko – kodeksową rolą prezesa jest reprezentowanie spółki na zewnątrz. W Legii tak to działa – Leśnodorski robi politykę i nakręca fajne emocje.

W Manchesterze United już niekoniecznie.

Możemy przeglądać różne ligi, a ja mówię o naszej.

Ale w Europie – sam przyznasz – prezes na ogół znajduje się w cieniu.

Przyjąłem inną filozofię. Miałem też świadomość, że – mówiąc brutalnie – w wieku 26 lat Zagłębie mogło być dla mnie trampoliną. Pewnie, żałuję niektórych ruchów. Przynajmniej jednego transferu.

Co najbardziej kręciło cię w piłce na co dzień?

Adrenalina. Niepewność. Żyjesz od meczu do meczu. Wszystko inne jest tłem.

Wygranie ligi musiało ci się wydawać prostym zadaniem. Udało ci się praktycznie od razu.

Nie jest to proste. Miałem świadomość, że wielu chłopaków nie było gotowych na sukces. Oszaleli. Zepsuli się. To w ogóle chyba problem mniejszych klubów, które nagle otrzymają taką dawkę szczęścia. Pamiętajmy, że piłkarze mieli u mnie naprawdę dobrze. Jeżeli drużyna zajmowała jedno z dwóch pierwszych miejsc, dostawali 200 tysięcy za każdy mecz. Nawet dziś to olbrzymie pieniądze, a wtedy byliśmy w czubie przez cały czas. Pięć spotkań i wpada bańka, czyli równowartość premii za mistrzostwo w wielu klubach. Dobrze płaciłem też trenerowi i dyrektorom. Widziałem, że każdemu zależy. Mieli pieniądze i poczucie zwycięstwa.

Czytelnik pomyśli, że łatwo się wydaje nieswoją kasę.

Dostałem określony budżet, miałem zrobić wynik i zrobiłem. Mogłem wydać te pieniądze na futbol kobiecy lub zbudowanie aqua parku przy stadionie. Mogłem, ale nie od tego jest klub piłkarski.

To mistrzostwo było wydarzeniem tak niespotykanym, że zastanawiamy się, jak ty  sam odbierałeś to wszystko. Tytuły „Jaka liga, taki mistrz” pewnie trochę bolały.

Zwyczajne złośliwości. Dwa-trzy lata temu kluby też zdobywały mistrzostwa w bardzo słabej lidze, a jakoś takich tytułów nie czytałem. Rozumiem, że zaburzyliśmy harmonię polskiego futbolu, ale walka o mistrzostwo trwała do końca i rozegrała się w ostatnim meczu. Bełchatów musiał zremisować lub przegrać z Pogonią – ale było wiadomo, że wygra, bo wtedy z Baniakiem każdy wygrywał. Nam natomiast do tytułu wystarczało zwycięstwo. Mądrością Siejewicza wygraliśmy.

Wiesz, jak to brzmi?

Ja ze stadionu nie widziałem faulu, ale w telewizji nie było najmniejszych złudzeń – Siejewicz miał rację. Mówię to bez ironii. Jego odwaga i uczciwość nam wtedy pomogła.

Przed końcem sezonu, gdy cały czas była szansa na mistrzostwo, poróżniliście się z Michniewiczem o wyjazd do Łęcznej. On chciał lecieć samolotem, a autokar klubowy pojechał na wycieczkę do Włoch.

Wolałem wypłacić te pieniądze piłkarzom za wygrany mecz, niż za samolot. Pojechali, przeżyli, zdobyli mistrza. Można? Można.

Pojechali i przegrali.

Ale zdobyli mistrza. Wszyscy na takie trasy jeździli autokarami, a ten wyjazd nie był jakiś ekstremalny. Nie szli pieszo, ani się nie czołgali. Nie popadajmy w skrajności.

Można odnieść wrażenie, że tamta liga nie była jeszcze dla ciebie i dzisiaj – jako prezes – odnalazłbyś się w niej lepiej. Teraz te rozgrywki stoją na wyższym poziomie, jeśli chodzi o gabinety prezesów. Wtedy czasy były przaśne.

Bardzo dziwnie się czułem, gdy spotykałem ludzi futbolu, którzy mogli być starsi od moich rodziców. Uznawali mnie trochę za wariata, cyrkowca. Dziś wszyscy biją brawo prezesowi Legii, a ja wtedy postępowałem tak samo. Ktoś nawet ostatnio zażartował: „patrz, Leśnodorski jest taki jak ty”. Przyjemna sprawa dla mojej próżności. Leśnodorski jednak – podobnie jak ja – rozumie, że piłka piłką, ale liczy się też show i budzenie emocji. O tym rozmawia się przy gorzałce u szwagra, w tramwaju czy w samochodzie z kumplem, a na koniec kupuje się bilet lub gadżety. Wszystko się musi kręcić.

W tamtych czasach obraz polskiego działacza to wąsy, kieliszek, stary garnitur, znaczek klubu w klapie…

Pamiętam, jak na jednym ze spotkań ci działacze bali się nawet przy mnie rozmawiać. Szeptali sobie na ucho. Nosili też grube pliki banknotów w portfelach. Zawsze zastanawiałem się, po co im tyle gotówki. Grube tysiące.

Lepiej w portfelu niż w kole zapasowym.

Nic nie insynuuję.

Miałeś poniekąd szczęście, że korupcja zakończyła się rok przed twoim wejściem do futbolu.

Czytałem kiedyś wstrząsający wywiad z Drzymałą. Sędzia mówi: „nie dasz 500 złotych, przegrasz mecz”. Facet nie miał wyboru. Zastanawiałem się wtedy,ag jakbym ja postąpił w takiej sytuacji. Pewnie zrezygnowałbym z pracy. Tak, myślę, że tak właśnie bym zrobił.

Właściciel z pracy nie zrezygnuje.

Przypomina mi się taka anegdota z zeznań jednego z prezesów. Prokurator pyta: – Skąd pan brał pieniądze na ten przestępczy proceder?

- W dużym pokoju obok telewizora miałem szafkę. I brałem z tej szafki.

Co sądzisz o piłkarzach, z którymi współpracowałeś, a którzy wcześniej byli zamieszani w korupcję?

Trochę jestem rozczarowany. Wiele razy ich pytałem: – Panowie, wy w ogóle wiecie coś o tej korupcji? Kto, jak, dlaczego?

- Nie, prezesie, nic nie wiemy – odpowiadali.

Pytam innego starszego działacza, który funkcjonował od lat. – Wiesz coś o korupcji?

- Nie, pierwsze słyszę.

 Odbijałem się od ściany. Byłem naiwny. Wierzyłem, że jeśli korupcja panowała, to może w latach 90., ale na pewno nie pięć minut przed moim przyjściem do klubu. A potem więcej o tym czytałem w gazetach, niż słyszałem na nieoficjalnych spotkaniach. Pamiętam taką zabawną historię… Zdobyliśmy mistrza Polski, idziemy w niedzielę rano do lobby baru, pijemy kawę i dzwoni do mnie nieznany numer. Myślę „kolejne gratulacje, miło” i odbieram.

- Fryzjer mówi.

Przecież gdy zdobywaliście mistrzostwo, w sezonie 2006/07, „Fryzjer” siedział już w areszcie!

No, poczekajcie! Odbieram…

- Fryzjer mówi.

- Kto? – byłem przerażony, że to jakaś prowokacja, żart dziennikarski.

- No, fryzjer.

- Ale o co chodzi?

- No, panie Robercie, ja pana strzygę na Placu Bema, pan mnie kojarzy, chciałem pogratulować!

- Dziękuję panie Stefanie! (śmiech).

Miałeś słabość do którychś piłkarzy? Lubiłeś ich rozpieszczać…

Czy ja wiem? Wiedziałem, jak ich rozpieszczać, by przy okazji ich nie zabić. Starałem się utrzymywać dobre relacje, ale utrzymywałem pewną barierę. Dobrze ich znałem. Wiedziałem, że jedni, jak przychodzą, to po to, by prosić o podwyżkę, a drudzy, bo mają poważne problemy. Odbierałem piłkarzy jako bardzo hermetyczną grupę, którą trudno jest rozbroić, by mieć w środku swojego człowieka. To chyba się nie udało nikomu.

Próbowałeś wpuścić kreta do szatni?

Próbowałem. Czasem warto wiedzieć, gdzie leży problem. Kiedy przegrywaliśmy za Klejndinsta, wezwałem go na rozmowę i zapytałem: „w czym problem?”. Opowiedział mi całą historię, ale dalej nie wiedziałem w czym problem. – Panie trenerze, proszę się nie obrazić, ale chcę zorganizować spotkanie z piłkarzami, na którym nie może się pan pojawić – powiedziałem. Pytam piłkarzy, głównie Andrzeja Szczypkowskiego: – Gdzie jest problem?

- Nie ma problemu.

Już wolałbym usłyszeć nieprofesjonalną opinię, że nie akceptują trenera. Może nie mieliby racji, ale przynajmniej wiedziałbym, na czym stoję. Nie udało się. Klejndinst miał natomiast zdolność tłumaczenia każdej porażki. Bardzo mądry człowiek o wielkiej klasie, wykonał świetną pracę, ale musi pracować z kimś, kto wykona całą czarną robotę. Mówię mu kiedyś: – Trenerze, niech pan do nich przeklnie.

- Ale po co mam przeklinać, skoro mogę mówić normalnie?

- Nie, pan musi wywołać szok.

- Mogę nawet rozbijać butelki, ale nie o to chodzi.

Już wtedy wiedziałem, że to fajny kumpel, porządny skaut, człowiek o wysokiej kulturze, ale ktoś mu zrobił krzywdę, wyznaczając go na pierwszego trenera.

Łukasz Piszczek już wtedy mentalnie wyrastał ponad innych?

Jedna historia idealnie obrazowała jego charakter. Piszczek zarabiał na tle kolegów bardzo niewiele. W granicach kilku tysięcy złotych. Wiedziałem, że chcę go zatrzymać, Cześkowi też na tym zależało, więc musiałem jakoś go zmotywować. Łukasz miał kontrakt, nie musiałem dawać mu podwyżki, sam z taką prośbą nie przychodził, ale powiedziałem: – Jesteś fajnym, perspektywicznym gościem, podobasz nam się i chcemy, żebyś zarabiał u nas naprawdę dobre pieniądze. Nie musisz wyjeżdżać do Niemiec. Jeszcze jesteś młody. Przyjdzie czas na transfer. Ile chciałbyś dostać podwyżki?

- Nie wiem, prezesie, no nie wiem. Pan o takie rzeczy pyta… – trochę mnie zaskoczył, bo taki Chałbiński od razu by zapytał: „a ile możesz dać?”.

- No, ale ile chcesz? 15? 30?

- Nie wiem, prezesie. Naprawdę, nie wiem. Jak prezes da…

 Tak go zapamiętałem. Nieśmiały, skromny facet.

Ile dałeś?

Już nie pamiętam, ale podwyżkę dostał znaczącą. Na boisku miał więcej pewności niż w gabinecie prezesa. Swoją drogą, założyłem się raz na imprezie kiedy świętowaliśmy bezpośrednio po zdobyciu Mistrza Polski na warszawskiej Agrykoli  z jednym zawodnikiem o 10 tysięcy złotych, czy sprzedamy Piszczka do Niemiec. Ja mówiłem, że nie – on, że tak. Wiedziałem że wygram zakład bo rozmawiałem z Herthą Berlin która mnie upewniała że Łukasz zostanie u nas, , zdawało mi się, że mam wszystkie karty w ręku. No, i przegrałem. Nie zakładam się już od tego czasu.

Podwyżki nie zdarzają się w piłce zbyt często. Prezesi wolą raczej wyczekiwać do ostatniego momentu, co niejednokrotnie jest błędem.

Ale to mit, bo piłkarze często przychodzą po pieniądze. Wyjątek – tak mi powiedział jeden z kolegów – to Cleber. Raz go nawet pyta: – Każdy z was przychodzi po kasę, a ty nie. Dlaczego?

- Bo mam swój honor. Podpisałem z tobą papier na dwa lata, więc za dwa lata porozmawiamy.

Takie podejście mi się spodobało. Fair. Zawierasz umowę, to się z niej wywiązujesz.

Która prośba o podwyżkę była najbardziej wzruszająca?

Wzruszających teraz nie pamiętam, ale było sporo historii tragicznych, np. z hazardem w tle. Spotykało się zawodników pękniętych, jak butelka rozbita o ścianę. Nigdy wcześniej nie miałem do czynienia z hazardzistami, ale jak zacząłem wsiąkać w to środowisko i rozmawiać z piłkarzami, zrozumiałem, że to gorszy nałóg niż alkohol. Tragedie młodych ludzi. Zapożyczanie się, wynoszenie rzeczy z domu…

To powszechny problem w polskiej piłce?

Nie powiedziałbym, że powszechny, ale taki problem istnieje. Po latach piłkarze odbierają mnie inaczej, nie traktują już jako szefa i opowiadają o wielu tragicznych przypadkach. Środowisko się jednak zmienia. Dziś hazard to sprawa wstydliwa. Piłkarze się już z tym nie obnoszą. Kiedyś wyjście do kasyna było splendorem. Wręcz się tym chwalili.

Lepiej współpracowało ci się z Polakami czy obcokrajowcami? Arboledy – specyficznego zawodnika – nie wspominasz chyba najlepiej.

Gdy współpracowaliśmy w Zagłębiu, nie rozmawiałem, z nim bo nie mówił po polsku. Znał kilka słów: „koncentracja”, „do przodu” i „piłka”. Trudny zawodnik. Bardzo roszczeniowy. O, tu jest najbardziej wzruszająca prośba o pieniądze – chciał kupić dom dla mamy. Zażądał ode mnie – ot tak – 30 000 dolarów. Mówię, że nie, a on na to: „mojej mamy nie szanujesz!”. Po latach udzielił wywiadu „Przeglądowi Sportowemu”, w którym powiedział, że jestem rasistą i dlatego nie pozwoliłem mu być kapitanem. Totalna bzdura, bo kapitana wybierają zawodnicy. Nawet nie miałem na to wpływu. Uznałem, że może czegoś nie zrozumiał albo mści się za ten dom mamy, ale na drugi dzień zaczęli dzwonić kolejni dziennikarze, bym tłumaczył się z tego rasizmu. Myślę sobie: „ludzie, nic nie zrobiłem, mam tolerancyjne poglądy, a ci ze mną robią rasistę”.

Rasista, PiS-owiec – ładnie się komponuje.

Stwierdziłem, że nie zostawię tej sprawy, bo dziś może ona być śmieszna, ale za pięć-siedem lat będę pretendował do ważnego stanowiska, a w Google zacznie wyskakiwać, że jestem rasistą. Wytoczyłem proces o naruszenie dóbr osobistych. Arboleda przeprosił na papierze i oświadczył, że rasistą jednak nie jestem.

Zapłacił?

Zapłacił. 60 000 złotych.

Musiał być smutny i płakać.

(śmiech).

To najtrudniejszy piłkarz, z jakim pracowałeś?

Zdecydowanie. Po latach spotkałem kumpli z Poznania i przyznali mi rację. „Wiemy, o czym mówiłeś”. Pytam go kiedyś: – Manuel, lubię spróbować różnych lokalnych alkoholi. Jaki macie najpopularniejszy w Kolumbii?

- Jakiś mamy – rzucił nazwę, nie pamiętam.

- Przywieź mi butelkę.

- To daj pieniądze.

Nie znalazłeś się na koszulce: „dziękuję Zagłębie, Smuda, Michniewicz”.

Jadę pociągiem z Warszawy do Poznania, patrzę, a tu Smuda w „Warsie” zasuwa flaczki. – Siadaj prezes, piwo wypijemy! Weź mnie, prezes, do Lubina.

- Trenerze, pomyślimy. W sumie lubią tam pana.

- Wiesz, prezes. W Lubinie powietrze inne, ludzie inni. Wszystko fajne. Warto tam wracać. Z chęcią bym poszedł.

- Pomyślimy.

Potem spotykam jednego z łódzkich dziennikarzy i słyszę: „Smuda mi ostatnio mówił: weź tak pisz, żeby mnie wzięli do tego Widzewa. Tam powietrze inne, ludzie inni, wszystko fajne!”.

Zagłębie – nie ukrywajmy – było wtedy ziemią obiecaną.

Kiedyś działacze Pogoni mówią: – Weź zawodnika od nas.

- Jak to weź?

- No, weź, weź. Wziąłbyś za paręset tysięcy.

- Zaraz, zaraz, panowie. O czym wy mówicie?

- No, weź!

Zagłębie zawsze miało opinię frajerskiego klubu. I jeszcze bardziej mnie utwierdzili, by z tym walczyć. Staliśmy się mniej frajerscy, ale zdałem sobie sprawę, że taka opinia z czegoś wynikała. Wielkie pieniądze, przepłaceni zawodnicy i brak wyników.

Byłeś zaskoczony wysokością pensji piłkarzy?

Nigdy nie miałem problemu, by płacić więcej zawodnikom lub dyrektorowi niż sobie. Dopiero potem te pensje zaczęły rosnąć. Gdy zaczynałem, 30 tysięcy miesięcznie to było dużo, a następnie niektórzy dostawali po 80-100, ale kiedy usłyszałem, że Iwańskiemu w Turcji proponowali dwie stówy miesięcznie, to pomyślałem: wow, to jest przeskok! Maciek w końcu do Antalyi nie wyjechał, z czym też wiąże się ciekawa anegdota. Siedzimy z prezesem Antalyasporu, negocjujemy i mówię: – Najpierw przelewacie pieniądze, albo przedstawiacie gwarancje bankowe, potem bierzecie zawodnika.

- Zapłacimy. Musisz nam zaufać.

- Nie zaufam. Pieniądze muszą być wcześniej.

Trwało to z dziewięć godzin. W końcu telefon. Tubalny głos: – Witam, jestem burmistrz Antalyi. Moje słowo jest świętsze od pieniędzy. Daj zawodnika, obiecuję, że zapłacę.

Od tamtej pory miałeś Iwańskiego jako wroga?

Zależało mu na wyjeździe, ale pozostajemy – mam wrażenie – w dobrym kontakcie. Gdzie on teraz gra?

W Podbeskidziu.

A Pawłowskiemu jak idzie?

Najlepszy piłkarz Lecha w ostatnim czasie.

Jego było mi szkoda. Przyjechał do nas w młodym wieku, nie miał już matki, a wkrótce zmarł mu ojciec. Strasznie się przejąłem jego sytuacją. Miał tylko siostrę. Powiedziałem: „pomogę ci, w czym potrzebujesz. Dam ci samochód, kierowcę. Jedź pochować ojca”. Nie można być obojętnym wobec takich spraw, bo to one budują lojalność wewnątrz klubu. Jeden znany komentator opowiadał mi, jak jechał z byłym znanym selekcjonerem reprezentacji, dziś ekspertem i mówi mu: – Słuchaj, nasz piłkarz ma nogę złamaną.

- Ch… z nim. Jego problem.

 A w telewizji ładny krawat i piękne, okrągłe słówka.

Nie odpowiedziałeś na pytanie – z kim pracowało się lepiej – z Polakami czy z obcokrajowcami?

Z obcokrajowcami było łatwiej. Traktowali gabinet prezesa jak kościół. Jeśli już zdecydowali się wejść, to trzeba było grzecznie siedzieć. Pamiętam, jak ściągaliśmy Tiago Gomesa. Siedzę w gabinecie prezydenta Benfiki, przyjechał Gomes z agentem i tłumaczę: „tutaj jesteś w rezerwach, przyjedziesz do Lubina na rok, ograsz się”. A on, że nie, bo sprawdził, gdzie leży Polska, co to Zagłębie i nie chce. Nie i już, nie ma szans, koniec dyskusji. Wyczułem, że jest bariera i powiedziałem prezydentowi, że kończymy spotkanie. Tamci wyszli i prezydent mówi: „daj mi szansę, sam z nimi porozmawiam. Przyjdź jutro o 14”. Wchodzę do gabinetu i co się okazuje? Gomes siedzi smutny, ale na wypożyczenie już się potulnie zgadza (śmiech).

Dobra była też rozmowa z Jamiem O’Harą z Tottenhamu.

- 50 tysięcy ludzi. Duży stadion – mówię, żeby go zachęcić.

- 50 tysięcy? Na każdym meczu?

- Nie. W mieście.

Tytułem anegdoty, raz z Cześkiem polecieliśmy do Anglii i okazało się, że gra West Ham. Nie mieliśmy biletów, ale – jako że futbol to dyplomacja, zasada wzajemności i kluby sobie pomagają – zwróciłem się do sekretarki, żeby wysłała faks do West Ham, że chcemy wejść z coachem na mecz. Po godzinie odpowiedź. Prezydent zaprasza do swojej loży. My, jak to Polacy, obkupiliśmy się z Cześkiem, ręce pełne toreb, wjeżdżamy na stadion, a tam eleganccy panowie Anglicy w garniturach, whisky w szklaneczce… Patrzą na nas, czy obsługa nie pomyliła drzwi (śmiech) – bo oni na galowo, a Czesiu tych swoich toreb z ubraniami nie chciał nikomu oddać i trzymał je zawzięcie w ręku, jakby właśnie szedł do kasy. Mówiąc serio – te wielkie kluby zachowują się bardzo poważnie. Nauczony tym doświadczeniem, gdy organizowaliśmy mecz Brazylia – Japonia we Wrocławiu, przekazałem wejściówki wszystkim, którzy prosili. W tym – Manchesterowi United, Borussii Dortmund…

Football family.

Brazylia – Japonia pod względem splendoru było dla mnie dużym wydarzeniem. Miałem okazję porozmawiać z prezesami oboma federacji, poznać ciekawych ludzi. Co ciekawe, zaprosiliśmy po cichu piłkarzy na afterparty do jednego z wrocławskich lokali. Około pierwszej wjechali panowie w bluzach i sobie odpoczywali.

Neymar nie mógł sobie odpuścić.

Jego akurat nie było. Ale bardzo weseli goście.

A menedżerom jak płaciłeś?? Dziwiło cię, że rynek prowizji funkcjonuje tu na takim poziomie?

Na jedną kwestię miałem alergię – rozumiem, że agent przywozi mi do klubu jakościowego zawodnika, daje mi wartość i muszę mu zapłacić. To oczywiste. Warto przelać za podpis nawet dwieście czy trzysta tysięcy, bo znalezienie dobrego piłkarza na tym rynku nie jest łatwe. Ale jeżeli sam już masz w klubie zawodnika i proponujesz mu lepsze pieniądze plus jakieś benefity, a na końcu agent mówi: „on tego nie podpisze, bo najpierw ja chcę dwieście tysięcy”, to krew mnie zalewała! Mówię: „stary, czy ty nie masz wstydu?! Za co ta kasa? No, za co?”. Doprowadzało mnie to do szału.

- Obniżę mu pensję, to dostaniesz tę swoją prowizję.

- Nie, to wtedy on nie podpisze.

Tak buntowali tych piłkarzy, a ci szli za agentami w ciemno. „Wiesz, to mój menedżer, on mi tyle w życiu pomógł, nie mogę go zostawić”. Nie traktuję ich jako zło absolutne, ale często biorą pieniądze za nic. Powiedziałem kiedyś zresztą Mario Branco: – Masz super kontakty, znasz piłkarzy, załóżmy agencję menedżerską i tu się realizujmy.

- Jeśli raz w to wejdę, to jako dyrektor sportowy nigdy nie będę wiarygodny. A moim marzeniem jest być dyrektorem wielkiego klubu.

Super odpowiedź! Mega zasadniczy gość. Mógł zarabiać łatwe pieniądze, a liczył się dla niego honor. I to nie było czyste gadanie, bo facet pracował w Wiśle, Zagłębiu, Steaule, a teraz w Estoril. Jest tam dyrektorem sportowym, odnosi sukcesy.

Nie wiemy, czy się zgodzisz, ale będąc prezesem klubu zachowywałeś się jak ślepy koń przed Wielką Pardubicką. „Nie widzę przeszkód”.

Bo jeżeli widzisz przeszkody i nie wierzysz w cel, to nigdy go nie osiągniesz. Wiele osób też pewnie myślało o stworzeniu takiego portalu, jak Weszło, ale odpuściło, bo „e, nie ma sensu, narazimy się, ten piłkarz to mąż koleżanki, nie można go opisać…”. Macie wielu wrogów, ale jedziecie dalej. Strona się kręci.

Wracając do pytania – Józef Wojciechowski też nie widział przeszkód, a jakoś mu się nie powiodło.

On nie rozumiał, że futbol nigdy nie będzie biznesem. Czytałem ostatnio fajny wywiad z Mioduskim w „Bloombergu”, gazecie typowo biznesowej. Powiedział: „każdy, kto traktuje piłkę jako biznes, myli się. To co najwyżej fajna funkcja marketingowa do dużego biznesu”. Oczywiście, są wyjątki, jak Mario Branco, który zbudował prężnie działający Estoril. W dużym klubie byłoby mu jednak dużo trudniej. A może łatwiej? W Estoril skupia się na obracaniu piłkarzami, a w Porto czy Benfice dobierałby tylko kolejne gwiazdy i musiałby się zastanowić, czy dopasują się mentalnie, bo umiejętności z góry mają na najwyższym poziomie. Rozmawiałem niedawno z coachem-psychologiem, który zajmuje się badaniem min. podświadomości. Taki test sporo kosztuje, ale pomyśleliśmy, że warto byłoby zbadać daną drużynę pod kątem tego, czy jeden zawodnik zgadza się z drugim i czy grupa jest odpowiednio skomponowana mentalnie. Nie utrzymasz jedenastu liderów na boisku.

Wtrącałeś się w Zagłębiu do polityki personalnej?

Nie, ale wiąże się z tym zabawna sytuacja. Jest piątek, mecz w sobotę, Michniewicz pracuje kilka dni w klubie, ma trening, dyrektor sportowy podrzuca mu na trening kartkę z jakimiś numerami telefonów do najważniejszych osób w klubie, do hotelu, do kierowcy – i tak dalej. No i mówi: „prezes skład przygotował”. Mina Cześka mówiła wszystko, nie wyczuł żartu. Wziął z odrazą i zajrzał. A potem ulga. Ale wiem, że takie sytuacje się zdarzają. Skrajna oznaka nie profesjonalizmu. Jeżeli ktoś tak postępuje, to znaczy, że się pogrzebał.

Wszyscy mieli u ciebie, jak u pana Boga za piecem.

Wtedy świetnie pracują. Ludziom trzeba dać wolną rękę. Sam tak postępuję na co dzień, choć pracuję w biznesie, który – przez czynniki zewnętrzne – nie jest skazany na aż taki sukces finansowy.

W dalszym ciągu jesteś beneficjentem sukcesu Zagłębia, bo choć nie znałeś się na sporcie, to jednak przy nim zostałeś.

Co ma wspólnego nieruchomość z futbolem?

A co ma wspólnego stadion piłkarski z piłką?

Piłkarze chodzą też do galerii handlowych i jaki związek? Stadion mieści się w obszarze sportu, ale nie ma z nim nic wspólnego.

Nie traktuj tego jako zarzut – piłka była dla ciebie trampoliną.

Zgadza się. Znam też prezesa dużego polskiego banku, który w 1994 roku zaczynał jako kasjer w PKO BP. Sam lgnąłem do sportu. Miałem zresztą krótki epizod w Widzewie.

Pewnie rozstałeś się z Cackiem – jak wszyscy – w niezgodzie.

Sylwester Cacek – bardzo miły człowiek. Nie chcę jednak o tym rozmawiać.

W piłce zabrakło ci jednego – awansu do Ligi Mistrzów. Boli cię ten pamiętny mecz ze Steauą?

Mam o niego pretensje do Cześka. Rozmawiałem potem z zawodnikami i usłyszałem: „nie chcieliśmy wyjść na idiotów, ale nie rozumieliśmy, o co chodziło trenerowi z tym całym diamentem”. Przez rok graliśmy jednym systemem, a nagle na najważniejszy mecz wprowadził coś zupełnie innego. Steaua zagrała tak słabo, że to spotkanie naprawdę było do wygrania. System nie wypalił. Czesiek dokonał mega odważnego eksperymentu – brak sztampy to oczywiście zaleta – ale chyba postąpił nieodpowiedzialnie. Chociaż szanuję go za to, że nie bał się ryzyka. On uważał, że grając w dotychczasowym systemie, Steaua by nas zjadła. Nigdy tego już nie sprawdzimy.

Wchodząc do środowiska, nie miałeś wcześniej styczności z piłkarzami. Oni koniec końców zaskoczyli cię pozytywnie czy wyszli na jeszcze głupszych, niż wskazuje na to stereotyp?

Panowie, ja na początku nie wiedziałem, ile klubów liczy Ekstraklasa i… całe szczęście, bo kto wie, czy nie wtrącałbym się trenerowi do wielu spraw? Wiecie, jak postępują szkoleniowcy… „Sugestia sugestią, ale wpuszczę zawodnika dla świętego spokoju i pewnej posady”. Czy piłkarze mnie zaskoczyli? Tak. Negatywnie. Rozczarowałem się ich poziomem, ale trzeba też zrozumieć, że w większości to młodzi, 20-letni chłopcy, którzy wyjechali z domu kilka lat wcześniej, nie chodzili do szkół, nie poszerzali horyzontów, nie czytali książek, a często też wywodzili się z biednych rodzin. Brakowało czystej edukacji. Przygotowania do sukcesu. Strategicznego myślenia o sobie, jak o firmie. Często pytałem: – Co będziesz robił za pięć lat?

- Będę menedżerem.

Fajnie. Ostatnio spotykam byłego piłkarza Zagłębia i co? Bez pracy, bez pieniędzy, po rozwodzie, sprzedał wszystkie mieszkania i jest tragedia. Dlaczego zatrudniłem w klubie doradcę podatkowego? Żeby tłumaczył zawodnikom, jak wygląda ZUS, jak założyć firmę i co to jest VAT. Oni niczego nie rozumieli. Jeden z zawodników podpisał kontrakt i nie wiedział, że musi płacić ZUS. Ale nie musiał wiedzieć – od tego niby miał menedżera. Tylko gdzie w kluczowym momencie był ten menedżer? Nie wiadomo. Tak samo – jest kontuzja, nie ma agenta.

Czułeś misję, by podnosić poziom intelektualny zawodników?

Wiedziałem, że im większą mają świadomość, tym bardziej będą użyteczni.

Udało ci się to?

Średnio. Miałem mało czasu. Pracowałem zaledwie dwa lata – od sierpnia 2006 do sierpnia 2008. Pamiętam pierwszy dzień w klubie. Wchodzę, a tam boazeria jak z „Piłkarskiego Pokera” z lat 80., wkoło puchary obsiane pajęczyną, biurko paździerzowe, jak w starych zakładach, stary telewizor z pokrętłami, wykładzina obsikana i pogryziona przez psa. Pomyślałem: „w co ja się wpakowałem?”. Zacząłem czytać fora internetowe i jakie opinie? Kolejna zmiana, kolejny wariat, kolejny ignorant nic nie wie. Zhejtowali mnie od razu. Wracam do domu i mówię żonie: „słuchaj, popełniłem błąd, rezygnuję, bo nie daję sobie rady”. Inny świat. Byłem członkiem zarządu innej spółki, a tu taki syf. Przez cztery dni miałem kryzys. W końcu zmotywował mnie kolega. Pomyślałem, że najpierw trzeba zmienić podejście pracowników klubu. Pokazać im, że nastąpiła zmiana w klubie. Postanowiłem, że od razu odnawiamy wszystkie korytarze. Zmieniamy lamperię, kładziemy nową podłogę i instalujemy halogeny. Po jakimś czasie podchodzi trener bramkarzy, który pracował w klubie od kilkunastu lat i mówi: „zaczynam w pana wierzyć”. Wtedy uwierzyłem, że to ma sens. Pomyślałem: „dobra, no to jedziemy!”.

Rozmawiali KRZYSZTOF STANOWSKI i TOMASZ ĆWIĄKAŁA

26 listopada 1911 roku, dokładnie 103 lat temu drużyna Polonii rozegrała swój pi…

Written on Listopad 26, 2014 at 2:43 pm, by

26 listopada 1911 roku, dokładnie 103 lat temu drużyna Polonii rozegrała swój pierwszy w historii mecz poza stolicą. Rywalem młodego zespołu był ówczesny mistrz Łodzi: drużyna o zaskakującej dla wielu nazwie... Newcastle! Jak informował magazyn Ruch - spotkanie zakończyło się zwycięstwem łodzian 3:2.


Adam Pazio w piątek przejdzie w Warszawie operację kości twarzy. Trzymamy kciuk…

Written on Listopad 26, 2014 at 2:02 pm, by

Adam Pazio w piątek przejdzie w Warszawie operację kości twarzy.
Trzymamy kciuki za szybki powrót do zdrowia,


Rakowiecki skazany. O Sarvasie i Pazio

Written on Listopad 26, 2014 at 1:49 pm, by

Rafał Rakowiecki, bramkarz (który gra także w polu jako napastnik) Ruchu Wysokie Mazowieckie, naszym kibicom znany ze spotkania Polonia – Ostrovia Ostrów Mazowiecka został ukarany grzywną za pokazanie „e7ki” na stadionie przy Konwiktorskiej. O rozstrzygnięciu poinformował na swoim profilu na[…] ↓ Przeczytaj całość ...

Post Rakowiecki skazany. O Sarvasie i Pazio pojawił się poraz pierwszy w Polonia Warszawa online | Duma Stolicy | Czarne Koszule | KSP.

[Polonia ’03] Dobre występy w meczach kontrolnych

Written on Listopad 26, 2014 at 10:35 am, by

Zespół Polonii z rocznika 2003 trenowany przez Mateusza Dudka i Bartka januszewskiego rozegrał po sezonie trzy ciekawe sparingi.

- Był to bardzo pożyteczny sparing dla chłopców, wynik mógł wyglądać zupełnie inaczej, ale niestety skuteczność tego dnia nie była naszym najmocniejszym atutem. Wiele ofensywnych akcji i dłuższe utrzymywanie się przy piłce z pewnością mogły się podobać. Mecz zakończył się remisem, a my możemy wyciągnąć po tym spotkaniu wiele cennych uwag na przyszłość – ocenił trener Mateusz Dudek.

Znicz Pruszków – Polonia Warszawa 1:1
Butkiewicz

Polonia I: Grzegorzewski, Żołek, Boniecki, Wójcik, Bajerowski, Jastrzębski, testowany, Grot, Butkiewicz, Keller, Kuraszkiewicz.

- W dniu dzisiejszym podeszliśmy ze zbyt dużym respektem do naszych przeciwników. W naszej grze zabrakło luzu oraz cierpliwości. Chłopcy pokazali kolejny raz, że walczą i grają do końca. W końcówce spotkania zagraliśmy odważniej, co przełożyło się na zdecydowanie lepszą postawę. Po tym spotkaniu wiemy nad jakimi rzeczami musimy popracować, aby wykonać kolejny krok naprzód – stwierdził szkoleniowiec „Czarnych Koszul”

Legia Warszawa – Polonia Warszawa 1:1
Bielka

Polonia I: Grzegorzewski, Szewczyk, Butkiewicz, Wyszkowski, Żołek, Bielka, Koton, Raczyński, Keller, Greloch, Latuszek, Grot, Wiśniewski, Jarosiński

- Spotkanie zaczęliśmy od mocnego uderzenia i po pięknej akcji skrzydłem wyszliśmy na prowadzenie. Dzięki bardzo dobrej grze w obronie i coraz groźniejszymi atakami następne bramki były tylko kwestią czasu. Tego dnia prawdziwym lisem pola karnego okazał się Mikołaj Wiśniewski, jego 4 gole podłamały rywali i mogliśmy cieszyć się z okazałego zwycięstwa 5-0. Chłopcom należą się zasłużone pochwały – skomentował Bartek Januszewski, II trener zespołu.

Polonia Warszawa – Bór Regut 2002 5:0

Polonia II: Szewczyk, Taradejna, Wyszkowski, Raczyński, Greloch, Bielka, Koton, Popielarz, Latuszek, Wiśniewski, Jarosiński.

K6 on tour: Legia – Cracovia

Written on Listopad 26, 2014 at 9:42 am, by

Już w najbliższy poniedziałek, nasi bracia z Krakowa grają mecz ligowy przy kanałku. Obecność obowiązkowa. Zbiórka ok. godziny 15.30 w poniedziałek. Cena: 40 zł Zapisy: Przelewem na konto (do czwartku): 81 2490 0005 0000 4000 1454 2666 (w tytule: imię,[…] ↓ Przeczytaj całość ...

Post K6 on tour: Legia – Cracovia pojawił się poraz pierwszy w Polonia Warszawa online | Duma Stolicy | Czarne Koszule | KSP.

K6 ON TOUR legia Warszawa-CRACOVIA KRAKÓW Już w najbliższy poniedziałek, nasi b…

Written on Listopad 25, 2014 at 12:44 pm, by

K6 ON TOUR
legia Warszawa-CRACOVIA KRAKÓW

Już w najbliższy poniedziałek, nasi bracia z Krakowa grają mecz ligowy przy kanałku.
OBECNOŚC OBOWIĄZKOWA!
Zbiórka ok. godziny 15.30 w poniedziałek.
CENA 40zł

Zapisy:
-Przelewem na konto:(do czwartku)w tytule: imię, nazwisko i pesel.
81 2490 0005 0000 4000 1454 2666
-Na K6
Dzięki uprzejmości Polonijna kawiarnia Czarna Koszula zapisać będzie się można na miejscu do Czwartku godziny 22.00. Wystarczy podejść do baru, podać dane: Imię,nazwisko i pesel. Prosimy o odliczenie równej kwoty.

UDOSTĘPNIAMY !!!


Kalendarze koszykarek. Pazio w szpitalu

Written on Listopad 25, 2014 at 12:34 pm, by

Rozpoczyna się charytatywna licytacja tytułu Sponsora Kalendarza Koszykarek Polonii Warszawa na rok 2015. Gwiazdami kalendarza są oczywiście koszykarki pierwszoligowej drużyny. Kartę każdego miesiąca ozdobi unikalne, artystyczne zdjęcie jednej zawodniczki. Autorką fotografii jest Sylwia Ożdżyński, a cały kalendarz powstaje bez jakichkolwiek[…] ↓ Przeczytaj całość ...

Post Kalendarze koszykarek. Pazio w szpitalu pojawił się poraz pierwszy w Polonia Warszawa online | Duma Stolicy | Czarne Koszule | KSP.