Próbowałem walczyć o pieniądze, ale straciłem nadzieję. Nie byłby ze mnie hazardzista.

Jacek Kiełb, pomocnik Korony Kielce, w rozmowie z Weszło.

Istnieje taka teoria, że po tym, jak piłkarzowi rodzi się dziecko, czeka go słabe pół roku na boisku. Wypada więc zacząć od tej kwestii.

Ze mnie akurat po porodzie wszystko zeszło. Ostatnimi czasy mocno przeżywałem ciążę żony. Niby wszystko zapowiadało się dobrze, ale człowiek słyszy o różnych przypadkach, stara się chuchać i dmuchać… Siedzi to w głowie. Zdaję sobie sprawę, że przez ostatnie pół roku mecze mi nie wychodziły, ale liczę, że teraz będzie właśnie przeciwnie. Odebrałem wczoraj dziewczyny ze szpitala… Tak, będzie dobrze. Czuję to w środku.

Oczekiwanie na poród było widać na filmie z obozu Korony w Turcji. Byłeś strzępkiem nerwów.

Żona mnie prosiła: – Fajnie byłoby, gdybyś był na porodzie.

– Ale nie wiem, czy wytrzymam. Nie chcę ogrzewać kafelków (śmiech).

Czułem wsparcie bliskich. Nawet mama Kamila Sylwestrzaka obiecała, że jak Gosia donosi ciążę, to uszyje mojej córce sukienkę. Ostatecznie byłem przy porodzie. Widoki niemiłe, ale emocje olbrzymie. Faceci, którzy to przeżyją, nabierają ogromnego szacunku do kobiet. Na szczęście wszystko jest w porządku. Nikola dostała 10/10, Gosia też czuje się dobrze i – jak już mówiłem – w końcu wszystko ze mnie zeszło.

Nadchodzi czas Jacka Kiełba?

Oby. To taki wiek, w którym trzeba odpalić.

Dwa lata temu udzieliłeś nam wyjątkowo szczerego wywiadu (całość TUTAJ), po którym – takie mam wrażenie – mocno zyskałeś w oczach kibiców jako człowiek. Piłkarsko nie poszedłeś jednak od tamtej pory do przodu.

Nie… Dlaczego? W poprzednim sezonie strzeliłem siedem goli, a powinno ich być nawet więcej. Nie ma katastrofy. Ostatnie pół roku – zdaję sobie z tego sprawę – było słabiutkie. I to bardzo. Dwie bramki, jedna asysta. Co mogę powiedzieć? Powinno być zdecydowanie lepiej… Ciągnęły się te wszystkie sprawy z pieniędzmi, a to wpływa na człowieka. Rok nie dostajesz pensji, robią się długi, potem w Koronie kolejne zaległości i to momentami dość spore… Dzwoni raz do mnie znajomy: „ty, Ryba, na tobie ciąży jakaś klątwa”. Teraz mogę żartować, bo wszystko dobrze się skończyło. Sprawy finansowe się prostują i najważniejsze, żebyśmy szli tym tokiem, który nakreślił nam trener. Z Górnikiem zabrakło niewiele do zwycięstwa.

Przez ostatnie dwa lata spotykały cię problemy obce dla większości piłkarzy. W wielu klubach zdarzały się poślizgi z wypłatami, ale wy w Polonii mieliście już kompletną patologię, a potem zaczęły się jeszcze kłopoty w Koronie.

Przed Polonią nie miałem takich problemów… Nie skarżyłem się każdemu, jak to mi źle – nie jestem takim typem – wręcz starałem się z tego żartować, ale naprawdę to przeżywałem. Życie. Trzeba sobie radzić. Próbowałem to wszystko ogarnąć, ale na boisku nie dałem już rady. Rozmawiałem jednak ostatnio z trenerem i powiedziałem, że to się zmieni. A skoro już jemu obiecałem, że zobaczy na boisku nowego „Rybę”, to trzeba dotrzymać słowa.

Poradziłeś sobie z problemami finansowymi po Polonii?

Z wszystkiego nie wyjdę. To sprawa, która się ciągnie latami, ale co zrobić… Wielu zawodników przez lata nie może odzyskać zaległości. Praktycznie dałem sobie z tym spokój. Początkowo jeszcze próbowałem walczyć o pieniądze – to niemałe kwoty – ale straciłem nadzieję. Żeby wygrać z tym gościem… Nie mam słów. To chore, że facet potrafił nabrać pieniędzy, oszukać tyle ludzi i nic się nie stało, a ktoś, kto ukradnie lizaka, idzie siedzieć. Nie żałuję jednak okresu w Polonii. Poznałem tam wspaniałych ludzi. Mieliśmy świetną atmosferę.

Powiedziałeś swoim prawnikom, żeby dali już sobie spokój z próbami odzyskania długu od Króla?

Rozmawiałem z dwoma prawnikami – jednym z Krakowa, drugim z Warszawy. Mama pomogła mi też z firmą, która ściąga długi. Powiedziałem im wprost: jeżeli odzyskacie choćby część z tej kwoty, dostaniecie wysoki procent. Odbierzcie, ile się da, ale ja nie chcę maczać w tym palców. Co się okazało? Że aby sprawa w ogóle ruszyła, muszę z góry zapłacić dwa procent od sumy plus siedem tysięcy za dodatkowe papiery. Powiedziałem: „nie, nie. Absolutnie. Nie będę dokładał po to, żeby jeszcze nie odzyskać kasy i dalej ładować w tego gnojka, który nas wszystkich wyrolował”. Nawet kosztem odzyskania zaległości wolę zrezygnować. Widzisz, nie byłby ze mnie hazardzista (śmiech). Mówiąc serio – co mi da, że wygram sprawę, dostanę potwierdzenie na papierze, że odzyskałem tyle i tyle, skoro potem będę mógł ten papier wrzucić w ramkę i powiesić nad łóżkiem, bo nie ma skąd ściągnąć długu? Nie chciałem zaprzątać sobie tym głowy i myśleć codziennie o pieniądzach, ale – uwierz – to jest strasznie ciężkie.

Od takich problemów – wbrew temu, czym nas raczą piłkarze w tych wszystkich rozmówkach – nie da się odciąć na boisku, prawda? Nie da się całkowicie wyłączyć tych myśli, że – jak sam mówiłeś – trzeba zapłacić kredyt za mieszkanie lub skoczyć w końcu na zakupy, a potem wychodzić grać w piłkę z czystą głową.

Nie, nie da się od tego całkiem odciąć. No, chyba że masz łeb jak skała. Ale nie było też tak, że – przebywając na boisku – non stop myślałem o kasie. Po prostu brakowało mi lekkości. Swobody. Niby byłem dobrze przygotowany, a czułem się, jakbym ważył ze 150 kilo. Poruszałem się jak słoń, a – co za tym idzie – straciłem przyjemność z treningu. Spędzałem w klubie mniej czasu. Wychodziłem od razu po treningu. Od tych chwil minęły dwa lata, w końcu mogę się uśmiechnąć i ucałować córkę, ale okres w Polonii był strasznie trudny.

Podpisanie kontraktu z Koroną było dla ciebie mega ulgą?

Może nie ulgą, bo miałem też oferty z innych klubów, ale nie chciałem kolejnych zmian. Mam mieszkanie w Kielcach i potrzebowałem stabilizacji. Wiadomo, że niektórzy już krzyczą, że to nie ten sam „Ryba”, ale co zrobić? Przepraszam za słabą grę, ale czasem sobie myślę, że chciałbym usłyszeć od tych ludzi w twarz, a nie z tłumu, co im się we mnie nie podoba. Wielu kibiców dzwoniło i pytało: „Ryba, co się dzieje? Nie poznaję cię”, ale najbardziej szczery był mój ojciec. On przebija wszystkich. Dzwoni i mówi: „co ty robisz, nie chce mi się ciebie oglądać!”. W jednym meczu tak bardzo nie mógł na mnie patrzeć, że wyłączył po pierwszej połowie. Jak już kogoś ochrzania, to po całości.

Wielu piłkarzy w Polsce może regularnie grać słabo, ale z tobą jest ten „problem”, że ty akurat raz na jakiś czas pokazujesz, że drzemią w tobie duże możliwości. I to niekiedy w sposób naprawdę spektakularny, jak z Pogonią.

Zgadzam się. Zdarzają się sytuacje, kiedy robię coś niespodziewanego, ale trener wymaga ode mnie tego częściej – nie tylko raz na połowę. Wiem jednak, że teraz będę dawał radość kibicom i powiedzą: „Ryba wrócił, jesteśmy o niego spokojni”. Mecz z Legią to idealna okazja, żeby się przełamać.

Do czego zmierzam – zdarzają się piłkarze jak Frączczak – starszy od ciebie o rok – który przez całą karierę był co najwyżej niezły, aż nagle przyszły wakacje, przez które gość praktycznie nauczył się grać w piłkę i zaczął zadziwiać. U ciebie problemem wydaje się jakaś blokada psychiczna. A może po prostu masz pecha i to, co kiedyś wychodziło ci często, teraz nie wychodzi prawie nigdy?

Jedno i drugie, ale nie przesadzajmy też, że zapomniałem, jak się gra w piłkę. Nie wyjdzie jedna sytuacja, druga, trzecia i człowiek mówi do siebie: „kurczę, znowu coś nie tak”. Jak złapiesz gazicho, to trzeba je podtrzymać. Łapiesz luz, lepiej czujesz piłkę… Widzę, że to wróciło. Mam nadzieję, że po Legii powiesz: „faktycznie nie pierdzielił głupot, tylko przeszedł do rzeczy”. Chcę koniecznie to udowodnić.

Zimą mogłeś przejść do Pogoni – prawda?

Jakiś temat się pojawił, ale nie było mega konkretów jak u Michała Janoty. Kontrakt kończy mi się w czerwcu. Zobaczymy, jak wszystko się ułoży.

W obecnych warunkach – nie wiedząc, gdzie Korona będzie za rok – chyba trudno go przedłużyć.

Ojej, nawet nie chcę o tym myśleć. Różne się pojawiają pogłoski. Sponsorzy, inwestorzy… Nie zaprzątam sobie tym głowy. Liczy się tylko piłka i walka o pierwszą ósemkę.

Czasy, kiedy – jak sam mówiłeś – żyłeś z dnia na dzień, mama nawaliła jedzenia do pudełek i przywoziła swojską wędlinę, minęły już bezpowrotnie?

Jak teraz rodzice przyjechali zobaczyć Nikolę, to rodzice znowu nawieźli tych pudełek. Zawsze im mówię, że nie jem tłustego mięsa, boczku ani kiełbasy, a i tak je przywożą. Tacy już są. Wiedzą, że sytuacja się poprawiła i wszystko jest okej, ale chcą mieć świadomość, że mam to jedzenie. Wtedy są spokojniejsi. Mięso się nie zmarnuje. Czasem wpadnie teść, teraz jest u nas mama Gosi, ale ja trzymam się diety. Cztery-pięć posiłków dziennie.

Dwa lata temu mówiłeś, że – cytuję – zamiast opowiadać, że jesteśmy stuprocentowymi profesjonalistami, lepiej czasem spojrzeć prawdzie w oczy i szczerze przyznać, że tak nie jest, bo raz człowiek położy się później spać, innym razem pójdzie na trening bez śniadania, albo na treningu się nie przyłoży. To się zmieniło?

Dziś mówi się, że nie jest trudno wyjechać za granicę. Może i tak, ale mam ogromny szacunek dla takich ludzi jak „Lewy” czy „Piszczu”, którzy tak długo się tam utrzymali. Kim jest profesjonalista? Kimś, kto osiąga wynik. Jak Cristiano Ronaldo. Ja dziś budziłem się sześć razy, bo mała nie dała mi spać. I co, to jest profesjonalizm?

Rozmawiał TOMASZ ĆWIĄKAŁA