A tak było nudno… Piłkarze wyjechali na obóz, dokonano (skromnych, bo skromnych, ale jednak) transferów, odszedł, kto miał odejść, został, kto miał zostać – aż naraz…

Agata Wantuch

Agata Wantuch (fot. Weszło!)

No, właśnie, co naraz? Zbiorowego walnięcia piąchą w stół przez pracowników, którym się nie płaci za świadczenie pracy, można się było spodziewać od pierwszego dnia, kiedy pojawiły się informacje o zaległościach, a więc, tak, gdzieś po drugiej, czy trzeciej kolejce ligowej minionej jesieni. A już wówczas, gdy dłużnicy zgłosili się do pani mecenas Agaty Wantuch, to nie powinno być żadnych wątpliwości, iż rzeczona kobieta pracująca, pełnomocnik ustanowiona w sprawie, konsekwentnie dążyć będzie do szybkiego zasilenia swego konta bankowego prowizją z odzyskanych przez jej klientów zaległych poborów. Idący z Austrii w dziurawych trampkach przelew, ma się wylać na konto ustanowionej, a ona już sama zdecyduje, kiedy i ile przeleje na konta piłkarzy. I słusznie, kobiety od zawsze najlepiej wiedziały, jak wydawać pieniądze.

Powinni zdawać sobie sprawę z tego wszyscy, od prostego kibica po wystawcę weksla, Ireneusza Króla. Dlatego też, totalne zaskoczenie dziennikarzy (udawane), prezesa (naiwniak), a nawet kibiców, dziwi mnie niepomiernie. Swoją drogą, ciekawe, czy ten weksel jest własny[1], czy trasowany[2]. Jeśli trasowany, to, który bank zawierzył królowi bez ziemi (za to z lasem, ale bez tartaku).

Ireneusz Król

Tak to jest, kiedy się wchodzi w buty trzy numery za duże. Zapatrzył się człek w Zbigniewa Drzymałę i Józefa Wojciechowskiego. Któż w Polsce by wiedział, z wyjątkiem najbliższej rodziny, kontrahentów i osób interesujących się biznesem, kto zacz Drzymała i Wojciechowski, gdyby nie ich piłkarskie epizody?

Jakże kuszące dla niedowartościowanych pseudobiznesmenów, żądnych mołojeckiej sławy, z parciem na mikrofon, szkło i szpalty, jest pobawienie się – choć przez chwilkę małą – jakimś klubem sportowym, futbolowym najlepiej. To przecież takie proste. Któż w Polsce się nie zna na piłce nożnej? Jaki to problem, prowadzić klub?

Widać jest to problem, skoro prawdziwi biznesmeni, ci z pierwszej dwudziestki-trzydziestki periodyku Wprost, jakoś do tego interesu nie ciągną. Jeśli już któryś wejdzie, to – albo z autentycznej miłości (Wisła-Cupiał), albo dla korzyści (Śląsk-Solorz). Ci, którzy są emocjonalnie związani z drużyną, gwarantują stabilizację, chociaż nie koniecznie na wysokim, albo najwyższym poziomie. Dają gwarancję, że z dnia na dzień nie porzucą klubu na pastwę losu, a jeśli odejdą, to tak, by nie zostawić za sobą, jeno zgliszczy. Ci, którzy wchodzą w ten interes wyłącznie dla korzyści (atrakcyjne tereny, możliwość wybudowania galerii handlowej, czy też promocja swojej firmy, uzyskanie przychylności polityków, czasami obecnych lub przyszłych klientów swoich firm, bądź społeczności lokalnej) w chwili, gdy zakładane korzyści nie następują – idą w cholerę, nie oglądając się za siebie, jak – znany nam skądinąd – biały anioł w krokodylej skórze, czy Zygmunt Solorz-Żak, a także wielu przed nimi i wielu po nich.

A jak to wygląda w przypadku tych „biedniejszych bogaczy”? Tak samo, tyle, że na innym, niższym finansowo poziomie. Sponsorują kluby piekarze, wędliniarze, handlowcy, tudzież inni przedstawiciele small i MID biznesu – pasjonaci, kibice, ale i geszefciarze, niestety.

Ci z nich, którzy mają „uczciwe zamiary” potknąć się mogą w dwóch przypadkach: po prostu zabraknie kasy, bo interes zadołował, a pomocy znikąd nie uświadczysz, albo nieopatrznie „wejdą w zbyt duże buty”, czyli awansują o ligę za wysoko, co również skutkować będzie utratą płynności finansowej i w konsekwencji „piękną katastrofą”.

Geszefciarze są skazani na porażkę zawsze. Jedni wcześniej, drudzy później. Jedni coś na tej symbiozie z klubem zyskają (bądź wydaje im się, że zyskają), drudzy od początku narażają się zewsząd na szyderę, a zysków nie mają żadnych.

Ireneusz Król

Ireneusz Król

Tak, jak większość z nas (jeśli nie wszyscy), nie wiem w co gra Ireneusz Król. Z jednej strony, dąży do tego, aby ciąć koszty, co w obecnej sytuacji klubu jest niezbędne, niezależnie od tego, jakimi środkami finansowymi dysponuje i jakie ma wobec klubu zamiary. Z drugiej strony, w tych swoich działaniach, jest żałosny. Jeśli kupując Polonię myślał o zaistnieniu w mediach, to zaistniał. Mam jednak wątpliwości, czy wyjdzie mu to na dobre. W moim przekonaniu lepiej by było dla niego i dla jego firm, gdyby nie wchodził w futbol w ogóle. Kto z kimś takim, kto obnaża się ze swoją nieudolnością (Teodorczyyyk!), kto mami, okłamuje, nie wywiązuje się ze zobowiązań – będzie chciał prowadzić jakiekolwiek interesy?

Nie mój to jednak cyrk, te jego firmy i ten jego image. Mnie interesuje Polonia. Czy z tym sponsorem może się utrzymać na powierzchni? Trudno będzie. Nawet, gdy słynny przelew z Austrii „idzie” jakąś polną drogą w kierunku banku ustanowionej w sprawie i zaleje długi wszelkie wobec wierzycieli, to i tak od nowego sezonu ktoś musi Władimirowi Dwaliszwiliemu płacić te 140 tysiaków miesięcznie. I pozostałym też. I skąd na to środki? Może lepiej, że balon pękł teraz, a nie w maju, podczas procesu licencyjnego?

Ireneusz Król bazuje na taktyce stosowanej od dawna przez bezwzględnych pracodawców. Chcąc zwolnić dużą grupę pracowników, a nie mogąc tego uczynić (jakiś układ zbiorowy, czy inne cholerstwo), stwarza się w firmie atmosferę niepewności, zaczyna się mieszać, przerzucać pracowników z etatu na etat, rozpuszczać ploty, co to będzie, kiedy już pracodawca będzie miał wolną rękę na zwolnienia zbiorowe – i ogłasza się program dobrowolnych odejść. Skołowani pracownicy, przestraszeni niepewnymi perspektywami, zaczynają odchodzić sami.

Zauważmy, że w przypadku Polonii, po każdym zamieszaniu, jednostki mniej odporne psychicznie na nacisk, bądź ci, którzy uwielbiają święty spokój i nie cierpią włóczyć się po „sprawnych inaczej” polskich sądach, odchodzą z mniejszą lub większą stratą finansową (co najmniej o prowizję dla hieny menedżera lub prawnika ustanowionego w sprawie), zyskując w zamian… Taa, zyskując (Trałka, Jodłowiec) lub wpadając z deszczu pod rynnę (Tosik, Rachwał, Gancarczyk).

Tym razem, z różnych powodów nacisku nie wytrzymali „Baszczu” i „Brzytwa”, a ostatnio skruszał również „Przyroś”.

Piłkarze

Gracze podjęli niebezpieczną grę, porzucając pracę. O ile całkowicie rozumiem powody desperacji, to dziwi mnie sposób działania. Mogą sobie bardzo zaszkodzić, tym opuszczeniem zgrupowania. Po pierwsze, dają krętaczowi oręż, z którego może skorzystać, stosując rozmaite kruczki prawne, by ich ukarać (a, jaaaak?). Po drugie sami zakłócili sobie przygotowania do sezonu. Nie zawsze się dobrze gra, nie przepracowując właściwie okresu przygotowawczego. Co się udało latem, nie musi się udać zimą. Mogli złożyć „papiery” o rozwiązanie kontraktu i przygotowywać się dalej. Decyzja centrali nie musi zapaść tak szybko, jak by tego chcieli.

Odejście grupy „zbyt dobrze opłacanych” mnie nie dziwi i nie wzrusza. Liczyłem się z tym, już latem. Co odwlecze, nie uciecze. Jeno straconej szansy (oby, nie ostatniej – tfu, na psa urok) na ugranie czegoś w tej lidze, żal…

W obecnej sytuacji do piłkarzy, którzy odeszli z Polonii, nie mam pretensji. Nawet do Tomka Brzyskiego. Poszedł na „kontrakt życia”. Od nikogo by więcej nie dostał, a i w pucharach europejskich zagra. To już ostatni dzwonek na zaistnienie. Pokazali mu drzwi, to przez nie wyszedł – ot, co… Żałuję tylko, że Sebastianowi Przyrowskiemu nie dane będzie strzelić z karnego w derbach, jak niegdyś Arturowi Borucowi (chociaż, czort wie, czy „Przyroś” znajdzie klub?).

Kibice, sympatycy

Polonia_04a_1280x800

Jak zwykle, gdy się wszystko wali, odezwał się obóz czarnowidzów, upojonych spełnieniem się ich katastroficznych wizji. Przy okazji obrywa się „zwolennikom Króla”. Nie sądzę, by kiedykolwiek kibice Polonii dzielili się na przeciwników i zwolenników tego pana. Wszystkim przyznałbym status przeciwnika Króla, a jeśli już musimy się na siłę podzielić, to raczej na idealistów i pragmatyków (podzielam tu pogląd Olo wyrażony w jednym z postów). W dzisiejszych czasach, bez realistycznego podejścia, bez pewnych zgniłych kompromisów, strącimy Polonię w niebyt. Mnie osobiście, a jak sądzę, również wielu innych kibiców, przyciągnęła na Konwiktorską ta swoista atmosfera, w której wielką rolę odgrywa przywiązanie do tradycji, nutka romantyzmu. I fajno jest, i bez tego, to już nie będzie ta sama Polonia. Nie mniej jednak, abyśmy nadal mogli się Polonią cieszyć, musimy od czasu do czasu zejść na ziemię, nieco ugiąć karku…

Król jest zły, więc trzeba znaleźć kogoś, kto tę Polonię od niego odkupi. Zwykły kibic tego nie zrobi – muszą popracować ci, którzy mają dostęp do ludzi dostatecznie majętnych, aby się w to zaangażować, jeśli nie na poziomie ekstraklasy, to, chociaż na 3-4-ligowym szczeblu. Latem, rzeczywiście nie było czasu. Teraz koniecznie trzeba uruchomić czerwony alarm w tym zakresie. B-klasa, moim zdaniem oznacza dla nas spełnienie tego, co nie udało się Hitlerowi i Stalinowi.

Aby ktoś taki się znalazł, zwykły kibic, niezależnie od poglądów, powinien zagłosować nogami. Od zawsze twierdzę, że nam potrzeba zwiększenia masy kibicowskiej. W tej rundzie, niezależnie od tego, jak wysoko i z kim będziemy przegrywać, musimy „głosować nogami”. To nie dla Króla powinniśmy zapełniać stadion, tylko dla nas samych. Gdy okaże się, że na mecze futbolu amerykańskiego przychodzić będzie więcej ludzi, niż na Polonię, to skończy się to tym, że za parę lat na Konwiktorskiej 6, będzie stadion Warsaw Eagles Arena im. Baraka Obamy, a o Polonii będzie można poczytać w Encyklopedii Piłki Nożnej. I mówię to do wszystkich: rodowitych, całkowicie zasymilowanych i słoików, którzy pooglądaliby chętnie futbol na dobrym poziomie w mieście, w którym żyją i pracują, ale niekoniecznie z kartą kibica Legii Warszawa w kieszeni.

 


[1] Wystawca przyrzeka bezwarunkową zapłatę oznaczonej sumy pieniężnej na rzecz lub na zlecenie wskazanej osoby (poprzez nazwisko).
[2] Wystawca wskazuje, kto ma zapłacić za weksel i na czyją rzecz.

Share

Post Ostatni raz wierzyłem prezesowi w 1979-tym pojawił się poraz pierwszy w Polonia Warszawa online | Duma Stolicy | Czarne Koszule | KSP.