Cezary Wilk: Jeszcze za wcześnie na nachalne domaganie się powołania

– Kadra to coś, o czym myślę. Przed sezonem mówiłem, że najpierw muszę grać, żeby w ogóle dać komukolwiek pretekst do monitorowania mnie. Uważam, że jest jeszcze za wcześnie, żebym w sposób nachalny domagał się powołania. Z trenerem Nawałką, ani z nikim z jego sztabu dotąd nie rozmawiałem. Gdzieś po cichu wierze, że to się zmieni, jeśli będę regularnie grał i robił postępy – mówi Cezary Wilk, piłkarz Deportivo. Zapraszamy na sobotnią prasówkę.

FAKT

Jedna z najważniejszych informacji ostatnich dni: Dramat Jędrzejczyka. Cytujemy tylko kawałek, bo będzie można na ten temat przeczytać jeszcze w Super Expressie.

Czyżby los, który sprzyjał reprezentacji Polski jesienią, zaczynał się odwracać? Połamany Kamil Grosicki (26 l.), poobijany Wojciech Szczęsny (24 l.)… Świeża sprawa jest najpoważniejsza – kontuzja Artura Jędrzejczyka (27 l.). Zerwanie więzadeł w kolanie oznacza pół roku przerwy. Wiosnę spędziła w sali rehabilitacyjnej. Selekcjoner Adam Nawałka (57 l.) miał mieć przyjemne święta, a musi szukać zastępcy na marcowy mecz z Irlandią.

Pozostajemy w temacie kadry, bo na horyzoncie pojawia się kolejny kandydat. Ciągnie wilka do kadry. A właściwie, to Wilka.

Już od prawie dwóch miesięcy Cezary Wilk (28 l.) regularnie występuje w rozgrywkach Primera Division – Chcę więcej. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Teraz myślę o kadrze – mówi defensywny pomocnik Deportivo La Coruna. – Mam swoje małe cele, które chcę spełnić. Jednym z nich jest regularna gra do końca sezonu. Drugim – niewątpliwie reprezentacja Polski. Przed sezonem mówiłem, że najpierw muszę grać, żeby w ogóle dać komukolwiek ze sztabu kadry pretekst do monitorowania mnie. Zacząłem to robić, ale uważam, że jest jeszcze za wcześnie, żebym w sposób nachalny mógł domagać się powołania. Z trenerem Nawałką ani z nikim z jego sztabu dotąd nie rozmawiałem. Po cichu wierzę, że zmieni się, jeżeli będę regularnie grał i robił postępy – uważa były kapitan Wisły Kraków. Wilk zagra w niedzielę (godz. 12) przeciwko mistrzowi Hiszpanii, Atletico Madryt. – Takie nazwiska jak Koke, Tiago czy Gabi nie robią na mnie wrażenia, ani na nikim w klubie. Deportivo to klub, który jeszcze niedawno świetnie spisywał się w Lidze Mistrzów. Tu nikt się nie obawia takich firm, mentalność jest wciąż zwycięska – kończy piłkarz.

Mniejsze tematy:
– Wernze, właściciel Lechii, podarował sześć samochodów dla fundacji
– Hajto jedną nogą w Tychach
– Pinto przekonuje, że pasuje do polskiej ligi

A już w niedzielę Torino Glika mierzy się z Juventusem. Komu kibicuje Zbigniew Boniek?

W derbach Turynu Kamil Glik (26 l.) grał cztery razy i wszystkie mecze przegrał. W niedzielę o 18 polski kapitan Torino spróbuje zatrzymać rozpędzony Juventus po raz piąty. – Komu kibicuję? Przede wszystkim dobrze życze Kamilowi. A kto wygra, to już sprawa drugorzędna – mówi prezes PZPN Zbigniew Boniek (56 l.), który w latach 1982-85 grał w Juve. (…) Szef związku jako piłkarz Starej Damy w derbach grał pięć razy. – Kiedyś dostałem czerwoną kartkę. Wychodziłem sam na sam z bramkarzem i uwiesił się na mnie Renato Zaccarelli. Żeby się uwolnić, zacząłem machać łokciami i trafiłem go gdzieś przy szyi. Wyzwoliłem się, ale sędzia przerwał grę. Gwizdnął faul na mnie, ale powiedział, że ja też faulowałem i chociaż dał rzut wolny dla Juventusu, to czerwoną kartkę pokazał mi – wspomina.

Felietonu Mateusza Borka nie cytujemy, bo jesteśmy w stanie w prosty sposób go streścić – nic w tym nadzwyczajnego, że Legia w końcu poniosła porażkę w Lidze Europy, zdarza się każdemu. A taki wynik jest nawet zrozumiały, gdy tak wygląda środek pola.

Zacytować można jeszcze jeden tekst: Lech chce płacić w inny sposób. Od teraz piłkarze zarobią dopiero, jak wygrają.

Grasz i wygrywasz – zarabiasz! Taka zasada obowiązuje od niedawna w Lechu Poznań. Klub postanowił jeszcze raz zaingerować w system premiowania zespołu. – Ciągle dążymy do jednego celu. Chcemy, żeby piłkarze jak najwięcej pieniędzy podnosili z murawy – tłumaczy prezes Karol Klimczak (39 l.). Właściwie od dwóch lat w Kolejorzu odbywają się prace nad ulepszeniem systemu bonusów dla zawodników. Kiedyś poznaniacy płacili aż 150 tys. zł do podziału na drużynę za zwycięstwo, do tego kolejne kilkadziesiąt tysięcy za remis. (…) Na czym polega nowe rozwiązanie? W umowach zawodnicy mają tzw. wejściówki , które w większości klubów są wypłacane, kiedy zawodnik zagra w meczu. Lech natomiast nie chce, żeby piłkarze zadowalali się samym pojawieniem się na placu gry. Na dodatkową kasę mogą liczyć tylko, jeśli stanie się to w zwycięskim meczu.

RZECZPOSPOLITA

Jedyny tekst, jaki możemy tu dziś przeczytać, jest autorstwa Stefana Szczepłka: Pierwsza bitwa na gole.

30 listopada 1872 roku rozegrano pierwszy piłkarski mecz międzypaństwowy. W Glasgow Szkocja zremisowała z Anglią 0:0. 30 listopada jest dniem świętego Andrzeja, patrona Szkocji. W roku 1872 ten dzień wypadał w sobotę. Dobry czas na uroczystości i zabawy. Tamten rok w historii piłki nożnej jest ważny. 16 marca odbył się pierwszy finał rozgrywek o Puchar Anglii. Drużyna Wanderers, złożona z uczniów szkół prywatnych i studentów, pokonała 1:0 Royal Engineers z Clatham, w którym występowali oficerowie. Te najstarsze rozgrywki świata rodziły się wprawdzie bez bólu, ale wcale nie przy powszechnej akceptacji. Wymyślił je Charles William Alcock, piłkarz szkoły w Harrow, a potem Wanderers. Pełnił on też funkcję sekretarza The Football Association, a jako dziennikarz pisał o tym, czym się zajmował. Trudno powiedzieć, czy był obiektywny, ale przecież nie jako żurnalista przeszedł do historii. Alcock uznał, że skoro klubów w Anglii przybywa niemal z każdym dniem, to pora, by zaczęły rywalizować nie tylko od święta. Można przyjąć, że angielscy uczniowie i studenci, którzy w połowie XIX wieku nie mogli się jeszcze zdecydować, czy grać w piłkę, używając do jej przenoszenia rąk, czy ograniczyć się do kopania, są prawdziwymi twórcami futbolu w dzisiejszej wersji.

GAZETA WYBORCZA

GW pochyla się nad problemami Legii i zadaje pytanie: jaka kara za „małpowanie” w Lokeren?

– Race to w tej chwili najmniejszy problem. Dostaniemy pewnie za nie karę finansową. Gorzej z rasistowskimi okrzykami. Nie krzyczeli wszyscy. To była garstka kibiców. Straszny wstyd. Poniesiemy konsekwencje tej głupoty – mówił wczoraj „Wyborczej” Leśnodorski, który oglądał mecz w Lokeren. A konsekwencje mogą być bardzo poważne. Legia jest recydywistką, artykuł 14. dyscyplinarnego regulaminu UEFA – ten traktujący o rasizmie – łamała już dwukrotnie w zeszłorocznych meczach z Molde i Steauą. I dwukrotnie była karana – najpierw zamknięciem trybuny (podczas rewanżu ze Steauą), potem całego stadionu (mecz z Apollonem). Teraz może ją czekać kara trzeciego stopnia. Jaka? Regulamin UEFA stanowi, że karą może być zamknięcie stadionu na więcej niż jeden mecz, na całe rozgrywki, odjęcie punktów lub wykluczenie z rozgrywek. Polityka „zero tolerancji” wobec rasizmu, którą UEFA wprowadziła w poprzednim sezonie, jest już stosowana – CSKA Moskwa za rzucanie rac, przepychanki na trybunach i wywieszenie rasistowskiego transparentu przez kiboli dostała karę trzech meczów bez publiczności. Legię obejmuje jeszcze kara z zeszłego sezonu – zamknięcia stadionu na jeden mecz rozgrywek UEFA – którą zawieszono na pięć lat. Jakiego wyroku spodziewa się Leśnodorski? – Nie jestem w stanie teraz na to odpowiedzieć – mówił wczoraj po południu. – W piątek nad ranem wróciliśmy z Belgii i dopiero korespondujemy, wyjaśniamy te zajścia. Do poniedziałku powinniśmy dokładnie ustalić, jak ta cała sytuacja wyglądała. Zamknięty stadion? Nie myślę o tym w tej chwili. Ale liczę się z tym, że może się tak stać.

SUPER EXPRESS

Artur, wrócisz jeszcze silniejszy – Superak jednoczy się w bólu z Jędrzejczykiem i trzyma kciuki za jego szybki powrót. Krótki tekst o tym, co się stało.

Przebojem wdarł się do pierwszej jedenastki reprezentacji Polski. Po strzelonym golu w meczu ze Szwajcarią (2:2) zachwycił piłkarski świat, wskakując do sektora kibiców. Teraz Artur Jędrzejczyk (27 l.) przeżywa dramat. Obrońca Krasnodaru w spotkaniu Ligi Europy z Lille (1:1) zerwał więzadło krzyżowe przednie lewej nogi. W przyszłym tygodniu przejdzie operację w Monachium. Będzie pauzował minimum pół roku. Kontuzja Polaka to efekt starcia z Nolanem Rouxem pod koniec pierwszej połowy. „Jędza” padł na murawę z grymasem bólu, a po chwili został zniesiony na noszach. – To pierwszy tak poważny uraz Artura – mówi nam Mariusz Piekarski, agent kadrowicza. – Operacja odbędzie się w Monachium w klinice, z którą współpracuje rosyjski klub. Dyrektor generalny Krasnodaru powiedział mi, żeby się o nic nie martwić. Szkoda, że tak się stało, bo Artur miał superokres.

Obok wywiadu udziela Tadeusz Pawłowski, który Tomasza Hołotę nazywa boiskowym bandytą. Poza tym, typuje go jako kandydata do reprezentacji.

Co będzie w tym sezonie sukcesem dla Śląska?
– Gdybym powiedział, że nie celujemy w podium, to wyszedłbym na trenera bez ambicji. Nie chcę jednak machać szabelką i krzyczeć, że zawojujemy ligę. Otworzyliśmy sobie drzwi do Europy, ale jeszcze nie przekroczyliśmy nawet progu.

(…)

Dlatego woli pan stawiać na zawodników z regionu?
– Tak, bo gdy w 1977 roku Śląsk zdobywał tytuł mistrza Polski, drużynę tworzyli gracze związani z Dolnym Śląskiem. To przekładało się na frekwencję, przychodziło po 40 tysięcy widzów, którzy utożsamiali się z klubem. Chciałbym, aby teraz było podobnie.

Kto poza Sebastianem Milą może wskoczyć do kadry?
– Tomasz Hołota. To boiskowy bandyta, ale w pozytywnym znaczeniu: walczy, nigdy nie odpuszcza. Na szansę powrotu zasługuje Piotr Celeban. Kandydatem jest też Paweł Zieliński, ale musi dorosnąć, bo na razie jest za grzeczny.

PRZEGLĄD SPORTOWY

Tak się prezentuje okładka PS.

Relacje pomeczowe tradycyjnie omijamy. Pierwszy interesujący materiał to rozmowa z Dariuszem Kubickim. Trener Olimpii Grudziądz mówi, że w ciszy pracuje się lepiej.

Legia, Polonia Warszawa, Górnik Łęczna, Lechia, Znicz Pruszków, Wisła Płock, Dolcan, Podbeskidzie i rosyjski Sybir Nowosybirsk – to pańskie poprzednie miejsca pracy. Nazwa Olimpia Grudziądz w tym zestawieniu prezentuje się dość przeciętnie. Ktoś mógłby pomyśleć, że to zsyłka.
– Zsyłka to mogła być na Syberii. A mówiąc poważnie gdybym uważał pracę w Olimpii za degradację, to bym nie przyjął jej oferty. Ja to traktuje jako największe wyzwanie w mojej dotychczasowej pracy szkoleniowiec. Zrobienie w Grudziądzu ekstraklasy to będzie coś. Fajnie się tu pracuje. Zespół systematycznie się rozwija. Nasza gra na boisku wygląda coraz lepiej. Ten awans, to będzie taka kropka nad i, której teraz nam brakuje.

W Grudziądzu jest chyba klimat dla piłki. Kibiców na mecze chodzi sporo, stadion wygląda coraz lepiej. Władze miejskie bardzo dbają o Olimpię. Do czerwca 2015 roku na waszym obiekcie mają stanąć jupitery.
– Prezydent Robert Malinowski to rodzony brat polskiego, nieżyjącego już biegacza długodystansowego Bronisława (złoto na IO 1980 w Moskwie i srebro na IO 1978 w Montrealu w biegu na 3000 m z przeszkodami przyp. red.). Nazwisko i tradycje rodzinne zobowiązują. Pan prezydent sam w przeszłości był lekkoatletą i czuje sport. Oprócz naszej pierwszoligowej drużyny piłkarskiej w mieście na wysokim poziomie mamy jeszcze żużel i tenis stołowy. Nasi tenisiści grają w Lidze Mistrzów. Władze miasta wiedzą, że sport to nie tylko świetna promocja, ale i przykład na sposób na życie dla mieszkańców. Mamy prężnie działającą akademię piłkarską. Naprawdę ludzie w Grudziądzu oddychają sportem.

Patrząc na kadrę macie chyba jeden z najbardziej doświadczonych zespołów. Sapela, Łabędzki, Kaczmarek, Smoliński, Szczot, Kłus, Cieśliński – to wszystko piłkarze, którzy grali przez lata w ekstraklasie. Czym Olimpia ich przyciąga?
– Trzeba pamiętać, że ci zawodnicy swoje najlepsze lata mają już za sobą. Może nie są już po drugiej stronie rzeki, ale utrzymanie i dojście do formy sprawia im obecnie dużo więcej trudności niż jeszcze kilka lat temu. Muszę ciężej pracować, żeby nawiązywać do swoich czasów świetności. Myślę, że Olimpia przyciąga zawodników z ekstraklasową przeszłością stabilnością i normalnością finansową. U nas nie ma jakiś wielkich pieniędzy, ale chłopaki dostają wypłaty na czas. Wielu z nich w przeszłości miało różne perypetie nawet w klubach ekstraklasy. Zresztą i teraz się słyszy, że niektóre kluby w naszej najwyższej lidze mają problemy z płatnościami. U nas prezes Jacek Bojarowski wszystko spina. Nie ma opóźnień i zawodnicy mogą w spokoju koncentrować się tylko na grze. W klubie ogólnie są ludzie, którzy rozumieją czym jest wyczynowy sport. Tu po jednej czy drugiej porażce nikt nie robi z piłkarzy czy ze mnie trędowatych. Można spokojnie pracować.

W cotygodniowych felietonach mamy dziś Borka, Włodarczyka i Stanowskiego. Ten ostatni pisze, że pieniądze nie śmierdzą. Cytujemy początek tekstu.

Wszystko jest na sprzedaż – piłkarz, reklama na koszulce, nazwa stadionu, herb, zasady i przyzwoitość też. Kwestia ceny. Powiedzenie „pecunia non olet” – czyli: pieniądze nie śmierdzą – jest znacznie starsze niż piłka nożna, więc nic dziwnego, że i w piłce znajduje zastosowanie. W futbolu wszystko jest kwestia ceny. Jeśli masz odpowiednio pękate konto, możesz nawet zorganizować mundial na pustyni albo lekko przerobić herb jednego z najpotężniejszych klubów świata. Wbijesz łopatę w ziemie, tryśnie ropa i zaraz na kolanach przyjdzie a to Blatter, a to Perez, a to Rosell. Czasami forsa wywołuje lekki smrodek, ale wystarczy wtedy otworzyć okno i o sprawie zapomnieć.

Zaglądamy do sobotniego magazynu lig zagranicznych – liczby są po stronie Jose Mourinho. Zapytacie pewnie, jakie liczby.

Diego Costa szybko zaaklimatyzował się w Premier League, Cesc Fabregas w końcu znalazł drużynę, w której gra na swojej ulubionej pozycji (rozgrywającego), Eden Hazard rozgrywa rewelacyjny sezon, Thibaut Courtois spisuje się w bramce jeszcze lepiej niż Petr Čech, a Jose Mourinho nie gada tyle, co zwykle. Po 12 kolejkach angielskiej ekstraklasy są kibice gotowi postawić cały majątek na to, że Chelsea zdobędzie w tym sezonie mistrzostwo kraju. Nie brakuje też fanów, którzy udali się do bukmacherów i zaryzykowali duże sumy w przekonaniu, że The Blues zdobędą cztery trofea. Argumentów przemawiających za tym, iż zespół Jose Mourinho rozbije bank, jest sporo, ale warto też pamiętać, że nie minęła jeszcze nawet jedna trzecia sezonu i przewidywanie końcowego rozstrzygnięcia może być zgubne. Zacznijmy od liczb, bo tutaj można doszukać się najbardziej namacalnych prawidłowości. 32 punkty zdobyte w 12 spotkaniach to najlepszy wynik osiągnięty przez The Blues w historii Premier League i drugi biorąc pod uwagę wszystkie drużyny. Lepszy na tym etapie był tylko Manchester City. W sezonie 2011/12 zespół prowadzony przez Roberto Manciniego zdobył o dwa oczka więcej. The Citizens zakończyli tamten sezon jako mistrzowie z 89 punktami. Na finiszu wyprzedzili Manchester United, ale tylko lepszą różnicą bramek. Do Chelsea należy zaś rekord jeśli chodzi o zdobycz na koniec sezonu. W maju 2005 roku piłkarze Jose Mourinho zakończyli rozgrywki z 95 punktami. Jeżeli w tym sezonie londyńczycy utrzymają dotychczasowe tempo, mają szansę poprawić ten wynik. W pozostałych 26 meczach muszą zdobyć 64 punkty z 78 możliwych. Teoretycznie mogą więc pozwolić sobie na cztery porażki i remis. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można powiedzieć, że 96 oczek da im mistrzowski tytuł. Zwłaszcza że najbliższy z zostawionych za plecami najpoważniejszych rywali (Manchester City, bo Southampton na razie nie bierzemy pod uwagę) traci już do nich osiem punktów.

Mamy też ciekawy wniosek z Bundesligi – Berlin jest najsłabszą piłkarsko stolicą z czołowych lig.

W niemal każdym europejskim kraju spotkanie lidera rozgrywek ligowych z zespołem ze stolicy byłoby wielkim wydarzeniem i hitem kolejki. Jednak w Niemczech mecze Herthy BSC nie wywołują wielkich emocji. Berliński przypadek to ewenement, jeśli chodzi o najmocniejsze ligi naszego kontynentu. W Hiszpanii, Anglii, Francji i Włoszech kluby ze stolicy dominują w rozgrywkach. W Niemczech z Herthą mało kto się liczy. W 13. kolejce Bundesligi zespół ze stolicy zagra z wielkim Bayernem Monachium. Zdaniem byłego piłkarza VfB Stuttgart, a obecnie eksperta Eurosportu 2 Radosława Gilewicza, Hertha szans nie ma żadnych. – Bayern jest podrażniony po porażce w Manchesterze (2:3 z City – przyp. red.) w Lidze Mistrzów. W takim momencie żaden niemiecki klub nie chciałby grać z Bawarczykami, bo może to się skończyć bardzo wysoką porażką – tłumaczy były reprezentant Polski. Brak punktów w meczu z zespołem Pepa Guardioli nie będzie wielkim zaskoczeniem. Nie pogorszy też jakoś zbytnio sytuacji Herthy, która w tym sezonie znowu spisuje się bardzo przeciętnie. W Niemczech już od wielu lat trwają dyskusje, dlaczego klub z tak wielkiego miasta nie jest w stanie funkcjonować w taki sposób, żeby przynajmniej walczyć o udział w Lidze Europy. Zamiast rywalizacji o europejskie puchary kibice Starej Damy w ostatnich sezonach mogli się emocjonować walką o awans do 1. Bundesligi. Hertha dwukrotnie spadała na zaplecze ekstraklasy i wówczas najbogatszy europejski kraj nie miał w stolicy futbolu na najwyższym poziomie. – W Hercie zdecydowanie brakowało stabilizacji. Często zmieniał się zarząd klubu, były problemy finansowe. Dopiero od niedawna jest pewna kontynuacja działań, co może przynieść efekty. Myślę, że już niedługo klub ten będzie mocniejszy – uważa Gilewicz.

Na koniec rozmowa z Cezarym Wilkiem, czyli szersza wersja skromnego tekstu z Faktu.

Który mecz był najtrudniejszy dla pana?
– Z Sevillą. Poziom gry drużyny Grzegorza Krychowiaka był naprawdę imponujący. Sevilla świetnie rozpoczęła ligę, prezentuje się znakomicie, a Grzesiek wyrobił sobie bardzo solidną pozycję w drużynie. Pytali mnie o niego koledzy z zespołu. Cenią go i coraz lepiej wymawiają jego nazwisko.

A jak pan postrzega siebie?
– Chcę więcej. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Mam swoje małe cele, które chcę spełnić.

Na przykład powrót do reprezentacji Polski?
– Na pewno. Kadra to coś, o czym myślę. Przed sezonem mówiłem, że najpierw muszę grać, żeby w ogóle dać komukolwiek pretekst do monitorowania mnie. Uważam, że jest jeszcze za wcześnie, żebym w sposób nachalny domagał się powołania. Z trenerem Nawałką, ani z nikim z jego sztabu dotąd nie rozmawiałem. Gdzieś po cichu wierze, że to się zmieni, jeśli będę regularnie grał i robił postępy.